parallax background

Rozwój mowy u dwujęzycznego dziecka Mikołaj 16 miesięcy

dwujezyczna rodzina
Czy jestem dwujęzyczna i czy mogłabym być tłumaczem?
10 sierpnia 2019
Filmy edukacyjne po angielsku dla starszaka
Filmy edukacyjne po angielsku dla starszaka (6+)
2 października 2019
 

Jak wygląda rozwój mowy u dwujęzycznego dziecka? Kiedy pojawiają się pierwsze słowa i w którym języku? Czego można się spodziewać w szesnastym miesiącu życia dwujęzycznego dziecka?


Nie wiem. Nie jestem naukowcem badającym zjawisko dwujęzyczności, ale jak wspominałam w niedawno opublikowanym filmie na moim kanale na YouTube o macierzyństwie i dwujęzycznym wychowaniu dzieci, jestem praktykiem. Opisuję więc doświadczenia i obserwacje z mojego domu. Być może Wasze będą podobne. Albo skrajnie inne.

Bardzo długo zastanawiałam się nad tym jak opisać proces, który obserwuję codziennie od ponad 16 miesięcy. Proces fascynujący, zaskakujący, pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji. Proces, który codziennie dostarcza mi radości i inspiracji, m.in. do pisania tego bloga. Proces rozwoju mowy małego dziecka. Zabawne, że tak naprawdę jako rodzice mamy relatywnie niewielki udział w tymże.

Niektórzy twierdzą, że stworzenie odpowiedniego środowiska, warunków dla rozwoju, jest “aż”, a nie “tylko” udziałem rodzica. Ale ja uważam, że największą robotę odwala dziecko - ten mały, perfekcyjnie zaprogramowany przez naturę na uczenie się, przystosowywanie, adaptację, zaskarbienie sobie łask rodziców i otoczenia, umysł. Genialny mózg, elastyczny aparat mowy, wrodzona ciekawość i chęć poznawania - to one sprawiają, że nasze dzieci uczą się mówić właściwie same z siebie (nawet dzieci z nieuprzywilejowanych środowisk w końcu uczą się mówić).

"Genialny mózg, elastyczny aparat mowy, wrodzona ciekawość i chęć poznawania - to one sprawiają, że nasze dzieci uczą się mówić właściwie same z siebie."

 

Ten tekst nie będzie więc hymnem na cześć moich szlachetnych zasług jako rodzica, choć piszę go całkowicie dla siebie. To trochę wyjątek w skali tego bloga, bo dotychczas właściwie każdy pojawiający się tu artykuł był stworzony, by służyć innym rodzicom lub osobom pracującym z dziećmi. Dziś jednak publikuję te słowa po pierwsze po to, żeby mieć jakiś ślad, pamiątkę po moich obserwacjach, a po drugie po to, by zróżnicować treści na Elo Pomelo i spróbować czegoś nowego.

Sama lubię poczytać bardziej osobiste teksty na blogach rodziców dzieci dwu- lub wielojęzycznych. Bo dzieci z reguły działają podobnie - chłoną jak gąbka to, co napotkają na swojej drodze. To my, rodzice, różnimy się w naszych odczuciach, działaniach i oczekiwaniach i to jest dla mnie najciekawsze w byciu częścią tego blogowo-internetowego community związanego właśnie z dwujęzycznością dzieci (choć wydaje mi się, że jestem chyba jedną z najbardziej milczących części tej społeczności).

Po przydługawym wstępie pozwolę sobie przejść do rzeczy (śmieję się na głos gdy to piszę, bo pierwotny zamysł jest taki, by tego tekstu nadmiernie nie edytować, nie szlifować, nie kroić jak to mam w zwyczaju, ale puścić taki surowy i dziki, nieostrzyżony niczym żywopłot sąsiadów, którzy chyba nigdy nie wychodzą z domu, bo tak tam zarośnięte).

Nie jestem obiektywna w ocenie rozwoju językowego (i ogólnego) mojego dziecka. Nie wiem jak mają inni rodzice, ale ja mam tak, że patrzę na moje dzieci przez filtr... matki. Idealizuję je. Przypisuję im cechy, których nie mają prawa mieć, bo są jeszcze dziećmi. Ale tak robię i daję sobie na to zgodę. Nie traktujcie więc tego tekstu jako rzetelnego źródła wiedzy o rozwoju mowy dziecka dwujęzycznego, bo nim po prostu nie jest.

 

Opis poziomu mowy 16-miesięcznego dwujęzycznego dziecka to wyzwanie samo w sobie. Zważywszy na fakt, że stworzenie jakiegokolwiek tekstu na blog, następnie sformatowanie go do postaci, w której jako-tako dobrze będzie się go czytało, zajmuje pracującej matce dwójki dzieci wieki lub przynajmniej tygodnie, trudno uzyskać artykuł aktualny. Czasem zerkam do notatek, które zrobiłam dwa dni temu i mam wrażenie, że totalnie się zdezaktualizowały, że mam przed sobą zupełnie inne dziecko niż przed 48 godzinami. To piękne i przerażające jednocześnie.

Każdy dzień przynosi nowe słowa, nowe jęki i stęki, nowe odgłosy i sylaby, nowe gesty i pozawerbalne komunikaty. Każda nowinka w dziedzinie mowy przyprawia mnie o coś na kształt mikro ekstazy. Bo oto przede mną człowiek, którego stworzyłam, z 2 komórek, bawiąc się skradzionym starszemu bratu resorakiem, mówi “brum” lub angielskie “vroom”, zależnie od nastroju. Według niego dźwięk, który wydaje KAŻDE zwierzę to: “rooooaaar” lub “raaaahhhhh”. Pies, koza, Gruffalo. Tylko kot robi inaczej. Kokoko, gdy jest kotem. Kakaka, gdy jest to cat. Logiczne.

Duma rozpiera mnie, gdy słyszę, jak mój 16-miesięczny domaga się tego, czego chce. Jedzenia? Am! Wszystkiego innego? Chcę! To co, że oboje z jego tatą mówimy do niego po angielsku (nie zawsze tak było, ale przemogłam się, o czym zdążyłam nawet napisać artykuł). Podziw wyraża uniwersalnym dla obydwu języków “wooow”. Podziwa pociągi (perfekcyjnie naśladując ich dźwięk rodzimym “ciuch ciuch”, żadne tam “choo choo”). Samoloty i ptaki mają przypisany dźwięk “fruuuuu”, który być może w dzidziusiowej głowie oznaczać po prostu obiekt latający, ale tego nie wiemy… jeszcze :)

 

“Ta” i “Yeah” oznaczają pewnie zgodę lub potwierdzenie. Nie wybrzmiała jeszcze niezgoda, ale bobi umie pokazać to gestem (kręcenie głową i palcem). Sam sobie zresztą wyraża niezgodę gdy chce coś zmajstrować, ale orientuje się, że nie spotka się to z moją aprobatą (np. podchodzi entuzjastycznie do schodów, zastanawia się chwilę, a potem kręci na boki głową i palcem i rezygnuje z samotnej wspinaczki - samodyscypliny zdecydowanie mu zazdroszczę, szkoda, że nie mam takiej w stosunku do słodyczy).

Nie wiem co oznacza “a ty a ty”, bo w domu chcąc zwrócić uwagę dzieci na niepożądane zachowania zagadujemy coś w stylu “listen, boy!” (ulubione zdanie starszaka, sześcioletniego Maksia, pamiętam gdy zaczął je wypowiadać w wieku 3 lat, zrywałam boki, bo robił to z taką poważną i groźną miną).

“Toto?” z wyraźnym zapytaniem lub coś, co brzmi jak “What’s that?”, choć może to być też wytworem mojej matczynej wyobraźni. Moment zadania takiego “pytania” jest jednak zazwyczaj adekwatny, powiedzmy więc, że bejbi wie co mówi.

Jest też “halo” podczas przykładania telefonu do ucha (wcześniej brzmiało jak “Ala” więc myślałam, że przywołuje ulubioną panią ze żłoba - swoją drogą: ja i Mike zawsze spieramy się o to które nauczycielki/opiekunki są najbardziej lubiane przez nasze dzieci… Mike zawsze twierdzi, że te, które w jego opinii są najładniejsze… pozdro dla pani Oli ze żłoba i dla Pauliny z przedszkola :D).

Poza tym niezrozumiałe dla zwykłych śmiertelników słowotoki, prawdopodobnie filozoficzne monologi i poważne rozważania o życiu. Dużo gestów, wskazywanie palcem na przedmioty, gesty powitania i pożegnania i najsłodsze: łapanie się za głowę gdy nadchodzą kłopoty (lub gdy usłyszy słowo “trouble”, które występuje praktycznie we wszystkich piosenkach, bo wiadomo, że wszyscy artyści mają wieczne kłopoty).

Jest jeszcze jedna niezwykle interesująca sprawa. Miko, który od wczesnego dzieciństwa był silnie eksponowany na język hiszpański i delikatnie na język niemiecki, błyskawicznie znajduje na placu zabaw rodziny posługujące się właśnie tymi językami. Na naszym osiedlu jest hiszpańskojęzyczna dziewczynka w jego wieku (tzn. dziewczynka jest pewnie dwujęzyczna, ale jej mama mówi po hiszpańsku), Mikky zawsze podbiega do niej z radością i zainteresowaniem. Zanim poszedł do żłoba, towarzyszył mi podczas lekcji angielskiego dla mam z bobasami, które to prowadziłam w klubokawiarni należącej do znajomej Meksykanki. Ilekroć mój bobek tracił cierpliwość - jej hiszpański łagodził wszelkie nerwy :)

Starałam się zdjąć filtr matki i ocenić na zimno poziom rozwoju mowy Mikołaja i jeśli nie mylę się w swojej analizie porównawczej danych dotyczących rozwoju mowy dzieci z naszego otoczenia (jednojęzycznych i wielojęzycznych) to wygląda na to, że nasz bob… jest w normie. Nie mówi ani więcej ani jakoś szczególnie mniej niż rówieśnicy. I to jest dobra wiadomość.

 

Jeśli interesuje Cię tematyka dwujęzyczności - zarówno tej naturalnej, jak i zamierzonej (bo - niespodzianka - w jednej rodzinie można mieć dwójkę dzieci wychowanych w zupełnie innym modelu!) to koniecznie przejrzyj mojego bloga. Piszę o wczesnej edukacji, językach obcych, dobrej literaturze i muzyce dla dzieci, ale również o tym jak organizować czas i godzić różne życiowe role - wszak nie tylko opiekunką domowego ogniska, półki z książkami i języków jest matka. O wszelkich nowościach na blogu i YT daję znać na moim koncie na instagramie @elopomelopl gdzie dodatkowo dzielę się swoją miłością do fotografii.

Monika Dawidowicz

autorka bloga Elo Pomelo


No elo! Mam na imię Monika i uwielbiam pisać - stąd oczywistym faktem jest posiadanie bloga. Opisuję na nim swoje spostrzeżenia na temat dwujęzyczności moich synów, doświadczenia związane z językami obcymi, a także dzielę się wartościową literaturą, muzyką i sztuką dla dzieci. Uwielbiam gadać i kręcić filmy, więc nie mogło mnie zabraknąć na YouTube na kanale o tej samej nazwie co blog, czyli po prostu Elo Pomelo. Codzienne mikrozachwyty przeplatam refleksją o macierzyństwie, kobiecości i oczywiście języku angielskim.
W niewielu wolnych chwilach pomiędzy pracą, a zabawą z dziećmi, piszę tu o książkach po angielsku, dobrej muzyce i animacjach dla dzieci, godzeniu macierzyństwa z życiem zawodowym i edukacją pozaszkolną moich chłopaków. Fotograficznie udzielam się na instagramie @elopomelopl! Jeśli masz jakieś pytania, wątpliwości lub sugestie,

napisz do mnie: powiedzelopomelo@gmail.com.

A Ty? Powiedz mi teraz co o tym myślisz -> -> -> NAPISZ KOMENTARZ