Planowanie posiłków podczas nauki zdalnej i home office
parallax background

Planowanie posiłków podczas nauki zdalnej i home office

12 listopada, 2020
książki dla dzieci po angielsku o psach
Angielskie książki dla dzieci o psach – nasze 2 hity
9 listopada, 2020
program dla dzieci do nauki angielskiego i niemieckiego
Program dla dzieci do nauki angielskiego, hiszpańskiego, niemieckiego, a nawet chińskiego
16 listopada, 2020
 

Planowanie posiłków podczas nauki zdalnej i mojego home office nie było koniecznością, ale skoro już postawiłam sobie to wyzwanie, zanim zamknięto szkoły - zdecydowałam, że tak łatwo się nie poddam! Dzisiaj dzielę się z Tobą moimi sposobami na zdrowszą, less waste i tańszą dietę dla całej rodziny, którą ogarniesz, nawet jeśli jesteś zarobiona po uszy :)

 

Planowanie posiłków dla osoby, która dotychczas nigdy tego nie robiła, była w kuchni i w supermarkecie hiper spontaniczna i nie stroniła od wspierania lokalnych biznesów gastronomicznych licznymi zamówieniami, to może być wyzwanie.

Planowanie posiłków, gdy świat wywrócił się do góry nogami, jest pandemia, zamknięto szkoły, większość biur wysłała pracowników na home office, a coraz większy procent ludzi, których znasz i dotychczas pomagali Ci ogarnąć domowe życie, mają albo izolację spowodowaną koronawirusem, albo kwarantannę też spowodowaną koronawirusem, to JEST wyzwanie na maksa.

Lubię wyzwania, dlatego wcale się nie zmartwiłam, że właśnie wtedy, gdy postawiłam sobie ambitny cel zmiany nawyków żywieniowych i zakupowych swojej rodziny, jest trudniej.

 

Mały background, żeby wyjaśnić Ci na czym stoimy:

Jesteśmy pracującą parą, z 7-latkiem na stanie i wczesnym przedszkolakiem (2l.).
Ja nie jem mięsa, wszyscy inni w domu są wszystkożerni, ale bez fiksacji na mięso. Starszak ma alergię na jaja i białka mleka krowiego, kakao, cytrusy. Staramy się jednak wszyscy jeść jak najbardziej roślinnie, choć zdecydowanie jesteśmy flexi wobec siebie i wobec okoliczności.

W normalnych warunkach młodszy syn je śniadania, zupę, obiad (tzw. drugie danie) i podwieczorek w przedszkolu. Czasem jeszcze je śniadanie w domu, bo często prowadzimy go do przedszkola dopiero około 9 lub po.

Starszak je śniadania w domu, do szkoły zabiera lunchbox z jakąś przekąską i owocem, zupę i drugie danie je w szkole.

M. przez cały dzień jest poza domem (bummer, tak było w dniu pisania tego tekstu, następnego dnia okazało się, że on także zmuszony jest pracować z dom), je na mieście. Ja w takiej sytuacji też sobie sama za bardzo nie gotuję, zazwyczaj zamawiam jakieś jedzenie z dowozem do domu (pracuję w 90% dni w miesiącu, poza pandemią też, zdalnie). M. udaje, że jest na diecie keto,ale prawda jest taka, że pizzy na grubym cieście albo ciastka nie odmówi :) Wszyscy zazwyczaj jemy ciepły, “obiadowy” posiłek wieczorem jako kolację. Dzieciaki po powrocie z placówek zawsze wyciągają z lodówy jakieś przekąski.


 

I to w miarę grało, ale do czasu. Kiedy znowu zamknięto szkoły, a junior do przedszkola chodzi w kratkę (raz on chory, raz wszystkie nauczycielki na kwarantannie), to poza swoją normalną pracą zdalną mam na głowie jeszcze zdalną naukę starszaka (bo nie, niestety 7-latek, który całe życie miał limity na screen time i był wychowywany na dzikie dziecko biegające po lesie, a nie palcem po urządzeniach elektronicznych, na razie jeszcze sam nie ogarnia cyfrowego świata, podobnie zresztą jak jego koledzy z klasy), ogarnięcie żywiołowego 2-latka, któremu w domu się nudzi i nakarmienie tej wilczej sfory tak, żeby było w miarę zdrowo, nie super drogo (bo wiadomka, korona to kryzys, kryzys to niepewne finanse, więc nie ma co się szastać na gourmet i trzeba nauczyć się robić zakupy spożywcze z głową) i przede wszystkim tak, żebym całego dnia nie musiała spędzać przy garach, bo wtedy nie wyrobię się z pracą i nie będę w stanie pomóc starszakowi w adaptowaniu się do wymagań nowej, zdigitalizowanej szkoły (nie wspominając już o nieszczęsnym juniorze, któremu nuda przynosi pomysły na doprawdy kreatywne zabawy… np. z wielkim i ostrym kuchennym nożem).

Na chwilę przed tym, zanim znów zamknięto dzieci w domach, postanowiłam nauczyć się planowania posiłków, gotowania less waste i rozsądnego zarządzania zakupami spożywczymi… i mogłam zrezygnować na rzecz pyszne.pl, ale postanowiłam, że się nie poddam. Opowiadałam już zresztą o tym w kilku vlogach na moim kanale YouTube i serdecznie zachęcam Cię do ich obejrzenia:


 

Główne założenia tej zmiany:

  • ZDROWSZA DIETA
  • MNIEJ ZMARNOWANEJ ŻYWNOŚCI
  • LEPSZE ZARZĄDZANIE ZAWARTOŚCIĄ LODÓWKI
  • NAUCZENIE DZIECI ZDROWYCH NAWYKÓW ŻYWIENIOWYCH
  • OSZCZĘDNOŚĆ PIENIĘDZY


Zaczęłam więc wprowadzać kilka nowych zasad, które opisuję poniżej i być może będą dla Ciebie także przydatne - zarówno na home office i ze zdalną nauką, jak i wtedy, gdy sytuacja wróci już do normy:

 

Kupujemy produkty jak najmniej przetworzone

Wydawałoby się to oczywiste, ale nie chodzi tylko o substancje słodzące i wszelakie E. Produkty z możliwie najlepszym składem, tak czy siak, kupowałam do tej pory. Nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi na to, że to co jest już wcześniej pokrojone, podzielone, poporcjowane, zazwyczaj jest droższe, ma dodane jakieś substancje polepszające wygląd (np. owoce i warzywa pokrojone w kawałki) i ma krótszy termin przydatności do spożycia (i w efekcie psuje się szybciej i częściej ląduje w naszym koszu zamiast na talerzu).

Kolejna sprawa, np. jogurty owocowe są pełne cukru, a te z dobrym składem są dość drogie (jogurt BIO 150g potrafi kosztować 3zł). Duże opakowanie (500g) jogurtu naturalnego z dobrym składem można kupić za 1,80zł lub taniej, nałożyć trochę do porcelanowej miseczki, dodać świeżo pokrojone lub mrożone owoce (od niedawna zawsze staram się takie mieć na zapas w zamrażarce, na wypadek gdyby skończyły się świeże, a nas złapał zew na owoce przed kolejnymi zakupami… albo mnie zew na nocne pieczenie babeczek, co się zdarza nie tak rzadko ;P) i mamy fajną, zdrową przekąskę za ułamek ceny, ze składem, którego możemy być pewni, bo dodajemy wszystkie składniki sami. Jedyny minus z jogurtami jest taki, że 2-latek sam sobie tego nie przygotuje, ale z pomocą 7-letniego brata już tak!

Przestałam też kupować sery w plastrach (chociaż M. miał niezłe zdziwienie gdy w ramach wyjątku od diety keto chciał zrobić sobie tosta :P), bo i tak nie za bardzo jemy kanapki, zazwyczaj ser traktujemy jako dodatek do zapiekanki, szakszuki, wrapa i najlepiej sprawdza się starty. Ale starego nie kupuję, bo nie ufam, że był świeży. Lepiej kupić w kostce i sobie zetrzeć, poporcjować. Starty ser super się mrozi i rozmraża, więc mniejsza szansa, że się zmarnuje (u nas ser w plastrach się często marnował, bo go mało jemy).

Owszem, starcie 400g kostki sera zajmuje 10 cennych minut naszego życia, ale można do tego zagonić dzieci i zrobić im z tego sensoryczno-manualną zabawę, można też robić to podczas słuchania audiobooka i nabywania nowych umiejętności, dzięki którym w przyszłości odrobisz sobie te 10 minut finansowo zarabiając więcej :P Wiem, poniosło mnie, ale taka prawda. Innymi słowy, jak najmniej przetworzone, poporcjowane, podzielone.


 

Zasady jedzenia przekąsek przez dzieci podczas home office/nauki zdalnej

Nawet dla dorosłego zamkniętego w domu przed komputerem kuszące jest krążenie między biurkiem, a lodówką i podjadanie. Ja generalnie nie żałuję moim dzieciakom jedzenia, ale to nie jest zdrowe, żeby co 10 minut brać sobie ciasteczko (nawet takie bezcukrowe i ze zdrowych zbóż) czy owoc. Ja wychowałam się z domu, gdzie miałam swobodny dostęp do słodyczy i przekąsek i jadłam je, kiedy chciałam, często krążąc między swoim pokojem a kuchnią kilkanaście do kilkudziesięciu razy dziennie. Bo były.

W najniższej szufladzie, do której bez problemu dosięgałam. I moi rodzice w ogóle tego nie reglamentowali, choć oczywiście nie mam do nich pretensji, bo oni nie mieli złych intencji, wręcz przeciwnie - chcieli dla nas jak najlepiej, ale nie było wtedy takiego dostępu do wiedzy o żywieniu jak dziś.

Przez wiele lat borykałam się z całym spektrum zaburzeń odżywiania. Piszę o tym, bo Elo Pomelo to blog o wczesnej edukacji, a ta zaczyna się w domu, zanim dzieci pójdą jeszcze do szkoły i dotyczy nie tylko matematyki, wczesnej nauki czytania czy języków, ale także dbania o swoje zdrowie fizyczne i psychiczne, bo tylko wtedy gdy dzieci są zdrowe i mają zaspokojone najważniejsze życiowe potrzeby, są w stanie się czegokolwiek nauczyć.

Dla mnie w tym momencie jednym z “priorytetów edukacyjnych” jest przywrócenie w naszym domu właściwych modeli żywienia i tutaj na pomoc przychodzą zasady jedzenia przekąsek. Przekąska to dla mnie skrót myślowy od każdego pożywienia, które zjada się między głównymi posiłkami.

Zasada nr 1: jeśli przekąska to jest coś, co jest pakowane w osobny woreczek, pudełko, tubkę, papierek - to jest przekąska na wyjście, którą jemy poza domem, np. gdy ktoś zgłodnieje na spacerze. Choćby popularne owocowe tubki - niektóre mają naprawdę wporzo składy i ja na wyjścia je kupuję, choć i przymierzam się do takich wielorazówek, które można myć. W domu zamiast tego mamy słoik z musem owocowym, także BIO, także bez dosładzaczy. Jeśli dzieci mają ochotę to proszę bardzo, mogą wziąć sobie łyżkę, nałożyć mus do porcelanowej miseczki i zjeść. To nawet przyjemniejsze i bardziej estetyczne niż ta pstrokata tuba. W wielu wypadkach jednak im się nie chce, bo wcale nie są głodni. W ten sposób uczą się regulować swoje posiłki i jeść wtedy, kiedy naprawdę czują głód.

Ja sama też się na tym łapię, że jak mam coś poporcjowane i gotowe do zjedzenia teraz, w tym dokładnie momencie, sięgam po to nawet jak nie jestem głodna. M. ma dokładnie tak samo, często wieczorami zagląda do lodówki, bo mu się nudzi, ale jak widzi, że przygotowanie czegokolwiek wymaga kilku kroków, rezygnuje, bo orientuje się, że po prostu wcale nie jest głodny. Uczymy się więc razem z dziećmi.

Zasada nr 2: na przekąski są pewne “okna czasowe”. Zdarza się, że obiad jest już prawie gotowy, ale trzeba poczekać jeszcze 10 czy 15 minut aż coś się tam dogotuje. Czasami dzieci jojczą, że chcą teraz zjeść banana albo kromkę chleba, albo jogurt albo płatki. Kiedyś się na to zgadzałam, ale w efekcie nie jedli potem obiadu, bo już zaspokoili pierwszy głód czymś szybkim i zazwyczaj słodkim. Dziś nie zgadzam się na przekąski pół godziny przed “pełnoprawnym posiłkiem”. Jeśli ktoś nie naje się obiadem lub kolacją, to spoko, po skończonym posiłku może zjeść sobie jeszcze jabłko albo banana.

Zasada nr 3: Nie kupujemy gotowych słodyczy. Nie zawsze tak było, ale teraz staram się tego mocno trzymać. Robimy razem zdrowe muffiny raz w tygodniu, w większej ilości, część z nich mrożę i wyciągam codziennie po 2, żeby była dla każdego dziecka (choć nie raz przyłapałam moje dzieci na wyciąganiu tych zamrożonych i próbach jedzenia :P). Co więcej, dzieci za kieszonkowe mogą sobie podczas wyjść kupić w sklepie co tylko chcą - na szczęście rzadko zdarza się, żeby były to słodycze - raczej zbierają kasę na jakieś zabawki, ale to jest temat na inny tekst. Poza tym jest pandemia, więc raczej nie ciągam ich po sklepach.


 

Gotowanie na cały tydzień podczas home office i nauki zdalnej dzieci

Kiedyś trafiłam na fantastyczny pomysł dotyczący meal-prep, czyli przygotowywania posiłków na cały tydzień. Nie trzeba od poniedziałku do piątku jeść tego samego. Ja staram się robić cały wielki gar jakiegoś dania, które w każdy dzień będzie można trochę przerobić lub podać z czymś zupełnie innym. Chociażby curry z warzywami i tofu można jednego dnia podać z ryżem, drugiego z kaszą lub dobrym azjatyckim makaronem, trzeciego dorzucić jakieś dodatkowe warzywa, które więdną i proszą o ratunek w naszej lodówce, a czwartego dnia resztki z dna gara zawinąć we wrapy.

Super bazą na cały tydzień jest sos pomidorowy. Chłopaki czasem proszą o mięso, więc dla siebie robię trochę bez, a dla nich z mięsem. Można to użyć do zapiekanki makaronowej albo ziemniaczanej (u nas coś takiego wystarcza zazwyczaj na 2-3 dni), zrobić chilli con (albo sin) carne, dać na tosty z mozarellą, do szakszuki na śniadanie lub kolację, znowu do wrapów, a ostatecznie można dodać jeszcze więcej pomidorów, gotowanej marchewki, aromatycznych ziół i przypraw i zblendować na pycha kremową pomidorówkę posypując prażonymi pestkami dyni lub dekorując liściem świeżej bazylii.

Wiem, że większość speców od planowania posiłków proponuje najpierw planować, a potem z listą potrzebnych składników iść na zakupy. U nas w domu na razie jednak sprawdza się lepiej kupowanie tych produktów, które lubimy i komponowanie z nich posiłków, a w miarę jak z lodówki ubywa, zwiększenie kreatywności. Przydatna okazuje się aplikacja Fridge To Table (w języku angielskim, super materiał na naukę, jeśli chciałabyś się trochę podszkolić). Wpisuję jakie składniki mam w lodówce i wypluwa mi różne przepisy, które mogę zrealizować z tym co mam lub ewentualnie dokupując jakieś drobiazgi lub pomijając je w przepisie. Testuję jednak inne rozwiązania.

Czasami dzieciaki mają jakieś specjalne życzenia co do ulubionych potraw i ja jestem na takie propozycje otwarta, ale wtedy dopisujemy to do listy następnych zakupów, które… uwaga, staramy się robić raz w tygodniu (czasami drugi raz jest wtedy, gdy skończy się coś naprawdę niezbędnego typu mleko roślinne czy papier toaletowy, ale wtedy zazwyczaj wysyłam po to Mike, bo on nigdy nie ulega sklepowym pokusom i zawsze kupuje tylko to co potrzebne).

Zakupy raz w tygodniu to dla mnie oszczędność czasu, a ten jest surowcem nieodnawialnym na wagę złota gdy pracujesz zdalnie z dziećmi w domu :)


 

Oszczędzanie przez gotowanie

Aspekt oszczędzania pieniędzy na gotowaniu jest najniżej na liście moich priorytetów w tej domowej lekcji, bo ja naprawdę wierzę, że warto dobrze i zdrowo jeść, gotować z dobrej jakości składników i “na tym się nie oszczędza”. Ale choćby przez rozsądne zakupy, dostosowane do tego, co faktycznie zjemy, co nam jest potrzebne, co nam się przyda do ulubionych potraw, co można zamrozić i jak długo przechowywać, unikamy wyrzucania zepsutej żywności, a tym samym wyrzucania pieniędzy do kosza.

Planując sensownie zakupy spożywcze, jedząc sezonowe owoce i warzywa, decydując się na produkty lokalne, dbamy o zdrowie i o swój portfel, a jeśli da się pogodzić te dwie rzeczy, to czemu by nie spróbować?

Jednym z moich sposobów, który testuję obecnie i od razu widzę pierwsze efekty, jest ustalenie sobie tygodniowego budżetu na zakupy spożywcze. Na to pewnie nie ma jednej dobrej recepty, bo każdy zarabia inaczej, wydaje inaczej i je inaczej (jak czasami czytam posty na różnych grupach o gotowaniu less waste to mam wrażenie, że moja rodzina je naprawdę jakieś mikroskopijne porcje :P). Samo ustalenie limitu powoduje jednak na pewno bardziej przemyślane zakupy. W moim przypadku to też ograniczenie wycieczek do sklepu = więcej czasu na pracę, zajmowanie się dziećmi i odpoczynek.

Zanim zaczęłam się nad tą naszą domową dietą zastanawiać to chodziłam do sklepu co drugi dzień i lekką ręką zostawiałam tam 150-200zł, ale potem wielu rzeczy i tak nie zjadaliśmy, bo kupiłam je tylko dlatego, że ładnie wyglądały, nie miałam jednak żadnego pomysłu jak je wykorzystać w kuchni i tak dokonywały sobie żywota na dnie lodówki.

Oczywistym sposobem na oszczędność w kwestii jedzenia jest zaprzestanie lub ograniczenie zamawiania jedzenia na wynos. My kiedyś robiliśmy to niemal każdego dnia, jeśli chodzi o przynajmniej 1 posiłek (śniadanie, obiad lub kolacja, albo wszystkie). Nie zamierzamy rezygnować z tego całkowicie, ale myślę, że ograniczenie tego do 1-2 posiłków w tygodniu po pierwsze pozwoli nam bardziej kontrolować co jemy (nigdy nie wiadomo do końca jaki jest skład restauracyjnego jedzenia, nawet gdy wybieramy te wersje bardziej ‘healthy’) i zachować trochę więcej kasy na inne przyjemności.


 

Nie zmobilizowałabym się do tego domowego “projektu” gdyby nie fakt, że przy okazji Strajku Kobiet trafiłam na instagram @po_taniosci_blog, na którym urzekła mnie bezpośredniość autorki i mnóstwo praktycznej wiedzy o gotowaniu, zakupach spożywczych i oszczędzaniu (tutaj jej kanał na YouTube).

To dzięki niej dotarłam m.in. na kanał Jordan Page, od której to podpatrzyłam sposób na rozgraniczenie przekąsek na wyjścia i tych domowych, a także “okna na przekąski”. To u niej na kanale podpatrzyłam tricki na przechowywanie żywności, które pomoże zachować jej świeżość na dłużej. Zarówno Ania jak i Jordan namawiają do zakupów spożywczych raz w tygodniu, trzymając się ustalonego tygodniowego budżetu. I ja to kupuję, zwłaszcza teraz, bo jestem mamą pracującą zdalnie, wspierającą dziecko w edukacji zdalnej, w międzyczasie opiekującą się jeszcze młodszym rodzeństwem i próbującą zdrowo nakarmić rodzinę, ale jednocześnie zaoszczędzić trochę kasy na czarną godzinę, bo nie wiadomo co nas czeka po koronakryzysie. Ah, byłabym zapomniała… to wszystko w przynajmniej trzech językach :)

Daj znać, czy planujesz posiłki i czy robisz zakupy z listą. Jestem ciekawa, czy jest nas tu więcej!


 

Monika Dawidowicz

Autorka bloga EloPomelo.pl


Kreatywna dusza z zacięciem do pisania, projektowania grafik, fotografii i video. Pracująca mama dwóch dwujęzycznych synów, która kupuje dzieciom zdecydowanie za dużo książek. Zawodowo specjalistka od social mediów i content marketingu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.