Małe dzieci i języki obce - cytuję mój wpis z 2014 (szok!)
parallax background

Małe dzieci i języki obce – mój tekst z 2014 roku (szok!)

3 października, 2020
ilustracja przedstawiajaca zapracowana mame ktora chce wprowadzac dwujezycznosc dziecieca
Dwujęzyczność dziecięca dla zabieganych: krótki poradnik motywacyjny
26 września, 2020
silna mama dwujezycznosc zamierzona
Inne mamy “robią” dwujęzyczność lepiej? Wykorzystaj to!
15 października, 2020
 

Czy wiesz, że kiedyś, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma dolinami, prowadziłam bloga? Małe dzieci i języki to nie był jego główny temat, bo raczej skupiałam się na eko rodzicielstwie, chustonoszeniu, wege kuchni dla dzieci. A jednak, choć zupełnie o tym nie pamiętałam, w 2014 roku wypowiedziałam się także o czymś, o czym teraz piszę każdego dnia na Elo Pomelo!

 

Kiedyś już byłam blogerką. Parentingową.

Internet niczego nie zapomina. Nawet jeśli zapomina, to mniej niż my sami. Ja pamiętam, że kiedyś pisałam popularnego bloga o eko i świadomym rodzicielstwie. Ale nie pamiętałam, że w tamtym czasie, ja, super doświadczona ekspertka mająca jedno dziecko będące ledwie roczniakiem, wypowiedziałam się na temat języków obcych.

Okazuje się, że już wtedy mieliśmy w domu książki dla dzieci po angielsku, choć ja zazwyczaj w opowieściach o naszej przygodzie z językami datuję jej początek na jesień 2016 (ale jak już wielokrotnie wspominałam, to materiał na serial na Netflixie, a nie wspominki na blogu, więc czekam na moją miliondolarową propozycję… HBO, Hulu, Was też biorę pod uwagę).

 

Rozpracowuję zdanie po zdaniu mój stary tekst o nauce języków przez dzieci

Dogrzebałam się do tekstów z mojego niegdysiejszego bloga Mo Bloguje i kopałam, kopałam, kopałam, niektóre teksty czytając z zażenowaniem. Aż dotarłam do krótkiego posta z moją opinią o językach. Teraz, jako osoba, która już chyba wszystko przeczytała co się da na temat akwizycji języka, dwujęzyczności, wielojęzycznym wychowaniu, mózgu dziecka, sama wprowadziła nowe języki w swoim domu, mogę sobie pisać cały blog, a tematów mi nie zabraknie. Rozbijmy jednak artykuł z 2014 na części pierwsze i sprawdźmy co się zmieniło.

Zaczyna się ostro :)

Jestem ostatnią na świecie osobą, która marzy o tym, by jej dziecko jak najszybciej mówiło w 5 językach obcych, co by się wybić na prowadzenie w wyścigu szczurów (ba, w ogóle nie będzie brać w nim udziału, tak jak ja zresztą).

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje



Stan obecny: byłam ostatnią osobą na świecie, która o tym marzyła. Wyścigowi szczurów mówię stanowcze nie (bo nawet jak wygrasz to i tak dalej jesteś szczurem), ale jestem pierwszą osobą na świecie, która chce by jej dzieci mówiły w jak największej ilości języków obcych jeszcze za łebka. Jak dorosną to nie będą miały już czasu na naukę, poza tym zapomną jak to jest przyswajać język mimochodem, przez zabawę czy nawet przez osmozę tylko dlatego, że ktoś w naszym środowisku tym językiem się posługuje.

Dalej nie jest już jednak tak źle z tą moją opinią z 2014.

Niemniej jednak wiem, że znajomość języków innych niż ojczysty przydaje się w życiu, a nie tylko na klasówce, maturze, czy w CV. Języki obce otwierają drzwi do serc i dusz innych ludzi, a wspaniale jest móc te serca i dusze poznawać. Często służą nam nieocenioną pomocą. We własnym interesie warto znać języki obce… Ale chyba nikogo nie muszę o tym przekonywać!

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje

 

Podoba mi się mój własny cytat “Języki otwierają drzwi do serc i dusz innych ludzi.” i widzę to oczyma wyobraźni na kubkach, t-shirtach i plakatach, które się wiesza w kuchni jak chce się mieć instagramową kuchnię. Dalej zaczyna się jednak coś, od czego jeży mi się włos na głowie i wszędzie indziej.

Jest mi kompletnie wszystko jedno, czy Pulpet zacznie mówić jutro, czy za dwa lata. Ważne, by zrobił to we właściwym dla siebie momencie. Nie naciskam, nie powtarzam wiecznie: „Powiedz: jajoooo.”, „Powiedz: babaaaaaa.”, „Powiedz: kupaaaaa.”. Jak będzie chciał to przecież powie. Egg, granny i poop też powie, kiedy będzie chciał. Ale niech chociaż wie, że te słowa istnieją.

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje



Celem wyjaśnienia - Pulpet to był internetowy kryptonim mojego pierworodnego. Dziś dojrzałam już do tego, aby moje dzieci występowały w opowieściach o nich pod własnymi imionami, ale na Mo Bloguje pokazywałam dużo osobistych zdjęć i miałam złudne wrażenie, że jak imię zamienimy na jakąś zabawną ksywkę to będziemy bardziej secretive.

Później okazało się jednak, że to absolutnie niemożliwe. Świadczą o tym liczne sytuacje, w których mamy na placu zabaw zaczepiały mnie i pytały, czy jestem tą Mo, która bloguje.

Wróćmy jednak do kontrowersyjnej części, a mianowicie mojego obojętnego stosunku do faktu, że moje dziecko nie mówiło. W tamtym momencie jeszcze nie wiedziałam, że nieprędko usłyszę pierwsze słowa wypowiadane przez mojego pierwszego syna. Dziś wiem, że już na tamtym etapie powinnam była się zainteresować jego rozwojem mowy, a konkretnie jego opóźnionym rozwojem mowy. Na szczęście wszystko skończyło się pomyślnie i chłopak rozgadał się tak, że od kiedy skończył 3 lata (dziś, gdy piszę ten tekst, ma 7), marzę, by choć na chwilę zamknął buzię.

Niemniej jednak promując takie olewcze podejście na blogu, który czytało kilkanaście tysięcy mam miesięcznie, było skrajnie nieodpowiedzialne.

Jeszcze podczas studiów otarłam się o włos o „karierę” nauczycielki języka angielskiego. Zapowiadało się pięknie, myślałam, że mam powołanie. Czułam misję – pokazać dzieciakom, że angielski jest fajny, że się faktycznie przydaje, że warto go znać, że jest po prostu wszędzie i to siara nie rozumieć o czym śpiewają w MTV albo krzyczą w CSie. Miałam dobre podejście do młodzieży, świetnie (choć wiele mnie to kosztowało) dogadywałam się z gimbazą. Napotykałam jednak na mur, który w głowach tych dzieci budowany był od najmłodszych lat… przez ich rodziców.

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje

 

Oj, naiwna, myślałam, że już nigdy nie będę uczyć. Wydawało mi się w tamtym momencie, że ani to ambitne, ani dochodowe. Dopiero kilka lat później zasmakowałam pracy w prestiżowych szkołach językowych i wkręciłam się w prowadzenie kursów w korporacjach. Dziś od czasu do czasu zgadzam się uczyć młodzież, która miała pecha i nie trafiła dotychczas na fajnych lektorów. Lub emerytów. Lub inne edukacyjne “wyzwania”, np. język specjalistyczny. Przejdźmy jednak dalej do mojego wiem-wszystko-o-życiu-choć-mam-24-lata-i-jedno-dziecko wywodu:

Niestety bardzo często bywa tak, że ciekawe świata dziecko pyta: „Co to znaczy?”, a rodzic odpowiada: „Nie ważne, to po angielsku.”. „Mamo, tato, w jakim to języku?”, a rodzic na to: „Nie ważne, i tak nie zrozumiesz.”.

Rodzice puszczają dzieciom wyłącznie polskie kanały telewizyjne, przynoszą do domu jedynie polskojęzyczną prasę. Odcinają je od wpływu języków innych niż polski. Przychodzi jednak czas, gdy kompetencje językowe dzieci porównywane są w placówkach edukacyjnych i wtedy jest zgroza. Trzeba czym prędzej wysłać latorośl na korepetycje albo kursy w szkole językowej, bo przecież nie może mieć gorszych ocen niż koledzy i koleżanki z klasy. Czerwony pasek na świadectwie musi być. Rachunek ocen musi się zgadzać.

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje



Tutaj poza stylem, w jakim to napisałam (moim zdaniem zbyt agresywny, złagodniałam przez lata i może dlatego mój nowy blog nie może się wybić tak jak stary - ludzie lubią wyszczekanych twórców, nie takich dyplomatów jak Mo z Elo Pomelo), nie mam uwag. Nadal ubolewam nad takim stanem rzeczy i próbuję oddolnie go zmienić, między innymi promując na blogu ekspozycję dzieci na języki od urodzenia lub wczesnego dzieciństwa, zanim zacznie się pęd za ocenami czy sterta zadań domowych.

Oceny to jednak motywacja dla rodziców, a nie dzieci. Dzieci, które już od dawna mają wewnątrz blokadę przed słowami, które obco brzmią. Dzieci, które przeraża obca mowa, jest dla nich totalną abstrakcją, totalnie odległą. Dzieci, którym wmówiono, że to dla nich za trudne. Rezygnują na starcie.

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje



Jest dramatyzm. Patos, wyrażony powtórzeniami. Urywane, krótkie zdania. Taką blogerką byłam. Dziś się śmieję, wtedy jednak traktowałam to poważnie, bo blog był w dużej mierze, obok tragicznej płacowo pracy na etacie, moim źródłem utrzymania. Swoją drogą, mimo, że samotnie wychowywałam takiego małego bobaska i pracowałam, dojeżdżałam do pracy czasem 1,5h lub 2h w jedną stronę, to publikowałam na blogu mnóstwo tekstów, czasem zdarzało się dwa razy dziennie.

Do dziś nie wiem jak to było możliwe, Na pewno duża w tym zasługa moich rodziców i mojej babci, która bardzo pomagała w opiece nad “Pulpetem”. Choć z tych tekstów “dawnej mnie” się śmieję to jednocześnie jestem z siebie dumna, że tak ogarniałam Mo Bloguje. Lecimy dalej z artykułem o językach.

 

A ja nie chcę takiego zrezygnowanego zblazowanego nastolata wyhodować.

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje



Chryste Panie, ja myślałam, że to się objawia tylko u “nastolatów”. A przecież już 6-7 latek potrafi dać w kość swoją zblazowaną postawą wobec nauki wszelakiej i jakiejkolwiek inicjatywy matki. Jakże niewiele wiedziałam o życiu!
Chcę zaszczepić w nim chęć odkrywania świata, a do tego często potrzebna jest mowa – nie tylko ta nasza, polska. Nie chodzi tu o zapisywanie człowieka na prenatalny angielski i wysyłanie do międzynarodowego żłoba.

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje



Lol. Drugi syn miał prenatalny angielski all day all night, a i do dwujęzycznego żłoba pochodził solidny rok.
Chodzi o zwykłą, najzwyklejszą w świecie ekspozycję na języki obce. Taką mało bolesną, a bardzo naturalną, wplecioną w rytm dnia i styl życia. Nie o uczenie języków, a mówienie o językach. O tym, że w różnych miejscach na świecie mówi się za pomocą różnych systemów językowych, różnych słów. Nie o tym, czym są fonemy czy morfemy, ale o tym, że różni ludzie w różnych miejscach mówią różnie, za pomocą różnych głosek, które może być nam trudno wymówić mimo, że jak świat szeroki – rodzimy się wszyscy z dokładnie takim samym aparatem mowy i takimi samymi możliwościami. Że czasem spotka zlepki dźwięków, które u nas w polskim nie występują. Albo litery lub połączenia liter, których nie znajdziemy w polskich książkach czy na polskich szyldach. Chcę by go ta odmienność językowa nie przerażała i nie wprawiała w zakłopotanie. I nie stanowiła dla niego granicy nie do przejścia.

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje

 

Jestem w głębokim szoku, że wtedy tak pisałam o języku. Pewnie dziś napisałabym to samo, bo właśnie taką postawę staram się promować przez moje działania na blogu, instagramie i YouTube. Brawo, 24-letnia Moniko! Jednak miałaś olej w głowie. Ekspozycja. Morfemy. Pięknie. Masz piątkę. Wygrywasz wyścig szczurów. No dobra, żartuję.

Po mądrościach następuje część praktyczna (i teraz przypominam sobie, że był to artykuł sponsorowany, czyli napisany pod subtelny product placement kursu językowego, ale jaja).

No dobrze, chcę, chcę i jeszcze raz chcę, ale jak to robić w praktyce? Nie mam na to jednego utartego, potwierdzonego badaniami naukowymi przepisu, ja wzoruję się trochę na tym, co robili moi rodzice, gdy byłam dzieckiem (pewnie po części nieświadomie, ale z niezłym skutkiem), po części czerpię z namiastki wiedzy ze studiów mych drastycznie porzuconych, a trochę posiłkuję się tym, co mi podpowiada intuicja.

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje



Jest więc lista sposobów:

Kiedy spotykamy zagranicznych znajomych i rozmawiam z nimi po angielsku – z Pulpetem też rozmawiam po angielsku. Nic dodatkowo nie tłumaczę na polski. Mówię dokładnie to samo i w taki sam sposób jak gdybym mówiła do niego w naszym ojczystym języku.

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje



Rzeczywiście, tak robiłam. Rzeczywiście, spotykałam się w tamtym czasie z zagranicznymi znajomymi. Jak to możliwe, że umknął mi ten etap gdy opisywałam naszą językową ścieżkę na Elo Pomelo?
Nie gadam z nim jednak po angielsku tak po prostu, gdy jesteśmy sami, na ulicy czy w kolejce w sklepie. Nie bawię się też w tłumaczenie wypowiadanych zdań, np. pokazujesz na kubek, mówisz: „To jest kubek.”, po czym dokładasz: „This is a mug.” Dla mnie to strasznie pretensjonalne i za bardzo jest uczeniem, a ja nie chcę uczyć – dzieci przecież uczą się same.

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje


I tu był mój błąd. Mogłam mówić cały czas po angielsku, mając zaplecze w postaci świetnej znajomości tego języka i stałego używania go. Było to dla mnie “pretensjonalne”. W tym momencie olej z głowy już wyciekł. I zamiast poo mówiłam poop (amerikan gerl).

Mamy też pojedyncze zabawy wymagające obcej mowy – np. pacynka krokodyl dołączona do angielskiej książki ZAWSZE MUSI mówić po angielsku. Bo to jest angielska pacynka i nie zna polskiego. Sorry, sir. Kupuję angielskie książki dla dzieci. Duży wybór oferuje TK Maxx, niektóre moje Czytelniczki wspominały kilka razy o książkowych łowach z lumpeksów (mi jeszcze nie udało się tam trafić na dziecioliteraturę, ale nie ustaję w poszukiwaniach), można też zamawiać je online. U mnie w domu takie książki rządzą się jedną zasadą – nie wolno ich „czytać” po polsku. To są angielskie książki i już (mamy też kilka niemieckich i analogicznie są one czytane po niemiecku)! Po polsku czytamy te polskie.

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje


Tak, tak, mieliśmy taką książkę z… uwaga! TK Maxx! Ja już w 2014 roku kupowałam tam książki dla dzieci po angielsku. Kto mnie przebije? Krokodyl faktycznie zawsze mówił po angielsku. Tylko gdzie podziała się ta książka… nawet nie pamiętam tytułu, a była cudowna. Przecież mój drugi syn, Miko (dziś 2l.) oszalałby z radości, gdybyśmy taką mieli! Z lumpeksami kiedyś nie miałam szczęścia, ale teraz dobra passa się mnie trzyma!

Puszczam bajki i piosenki w językach obcych. Nawet tych, których nie znam, jak choćby hiszpański (którego uczyłam się tylko przez jeden semestr… z marnym skutkiem). Ulubiony angielski kanał na youtube Pulpeta to KidsTV123, a hiszpański: Gallina Pintadita. Czasem wyszukuję też coś po japońsku, rosyjsku, niemiecku, duńsku, estońsku albo… w języku hindi. Zawsze to miła odmiana, nowe wrażenia dźwiękowe, coś ciekawego. I nie chodzi o „oglądanie ze zrozumieniem”, a raczej o załapanie melodii języka, ogólnego jego zarysu – w przyjaznej dla dziecka formie animacji i piosenek.

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje

 

No i tu widzę, że w tamtym czasie mnie pogięło. Puszczałam bajki, w naprawdę dużej ilości, dziecku poniżej 2 roku życia. I potem dziw, że opóźniony rozwój mowy. Znów skrajnie nieodpowiedzialna to postawa, pisać o tym na tak poczytnym blogu.

Żeby więc było jasne - wierzę, że każdy z nas wybiera sam jaka ścieżka jest dobra dla jego rodziny, ale ja małym dzieciom i przesiadywaniu przed ekranem mówię zdecydowane nie. Zresztą, jak słusznie zauważa autor książki “Trilingual by six” przytaczając stosowne badania, poniżej trzeciego roku życia dzieci nie uczą się języka z nagrań, z ekranu, tylko poprzez interakcję z prawdziwym człowiekiem, twarzą w twarz, obustronny dialog (lub próbę dialogu).

Niemniej jednak KidsTV123 i Giallina Pintadita słuchamy często, ale jako muzykę bardziej niż jako materiał do oglądania. Okazuje się więc, że wprowadzałam wielojęzyczność zamierzoną w życie mojego starszego syna już w 2014. I pisałam o tym w internecie. Kto tu jest weteranką, hę?

Sama się uczę. Nowej wiedzy nigdy dość i nigdy nie wiadomo kiedy się przyda. Znajomość języków obcych to klucz do komunikacji, a komunikacja z innymi ludźmi jest jedną z najważniejszych rzeczy trzymających nas przy życiu. Na co dzień mam styczność z obcymi językami, ale na dokładkę wieczory spędzam na stronach takich jak Multikurs, Coursera czy choćby Freerice. Dzięki nim dowiaduję się jak jeszcze lepiej wyrażać swoje myśli obcą mową, by być zrozumianą przez innych (bo tak właśnie definiuję znajomość języka). I potem nie zaskoczy mnie pytanie: „Mamoooooooo, a co to znaczy?”.

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje



Ciekawe, że nazywałam wtedy język angielski “obcą mową” mimo, że posługiwałam się nim biegle. Niemniej jednak pod tym przesłaniem i pomysłem nadal się podpisuję. Jak my się uczymy języków to nasze dzieci zawsze na tym w jakiś sposób skorzystają. I zobaczą, że uczenie się to jest coś cool, co rodzice też robią, w dodatku w wolnym czasie.

W 2014 tekst o dzieciach i językach obcych podsumowałam następująco:

Czasami gdy rozmawiam o tym ze znajomymi – pytają mnie jaki to wszystko ma przynieść efekt. Sama nie wiem jaki, bo nie staram się dla jakiegoś wymiernego efektu. Zależy mi na tym, by dać mojemu dziecku odwagę, pomóc zrozumieć świat i zachęcić go do czerpania z niego garściami. Nie chciałabym aby Pulpet wystraszył się gdy podejdzie do niego obcokrajowiec i zada pytanie w swoim języku. Niech nawet nie zrozumie – ale nie czuje się skonfundowany. A może właśnie zrozumie?

Ja, na moim starym blogu Mo Bloguje



Zdecydowanie wciąż mogę podpisać się pod tym, co naskrobałam 6 lat temu. Wciąż wierzę w to, że nawet bez finalnego master planu każdy nasz wysiłek przynosi efekty. Tym nastawieniem próbuję zarażać moje Czytelniczki, także Ciebie. Jak widać, robiłam to od bardzo dawna.

 

Monika Dawidowicz

Autorka bloga EloPomelo.pl


Kreatywna dusza z zacięciem do pisania, projektowania grafik, fotografii i video. Pracująca mama dwóch dwujęzycznych synów, która kupuje dzieciom zdecydowanie za dużo książek. Zawodowo specjalistka od social mediów i content marketingu.

2 Comments

  1. Lanoja pisze:

    Nawet nie wiedzialam o tym ze mialas juz kiedys bloga. Szkoda ze przestalas go pisac.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.