parallax background

Zamieszkała z nami Chinka – gość z drugiego końca świata!

Dwujęzyczność zamierzona – najgorsza rzecz, jaka może Ci się przydarzyć
20 maja 2019
organizacja czasu mama
Jak godzić życiowe role kiedy się chce TYLKO wszystkiego?
12 lipca 2019
 

W naszym niedużym, wrocławskim mieszkaniu, na spokojnym, rodzinnym osiedlu, zamieszkała Chinka. Jesteśmy (prawie!) zwyczajną rodziną 2+2 i postanowiliśmy, że dołączy do nas gość z drugiego końca świata. Kilka dni temu przyjechała do nas 20-letnia Heily z Chin. W tym tekście opowiem Ci jak to się stało, dlaczego, po co i jakie są plusy i minusy tej sytuacji. Pojawiły się też kłopoty. Czy znalazło się rozwiązanie? Koniecznie przeczytaj do końca!




{PRZECZYTANIE TEGO TEKSTU ZAJMIE CI OKOŁO 6 MINUT}

 

TELEGRAFICZNY SKRÓT TREŚCI WPISU (dla zabieganych)



 
W naszym domu zamieszkała na 2 tygodnie Chinka, 20-letnia Heily, która przyjechała do polsku w ramach wolontariatu organizowanego przez organizację AIESEC.
 
Zdecydowałam się zaprosić do siebie wolontariusza z programu, ponieważ Mike wyjechał na kontrakt, brakowało mi towarzystwa, chciałam, żeby ktoś w domu mówił po angielsku.
 
Podałam listę kroków i wytycznych, które należy wykonać aby przyjąć w swoim domu osobę przyjeżdżającą realizować wolontariat AIESEC w Twoim mieście.
 
Podzieliłam się swoimi negatywnymi odczuciami dotyczącymi współpracy z AIESEC - komunikacja z organizacją jest bardzo trudna, przepływ informacji jest słaby, o przyjeździe Heily dowiedziałam się tak na dobrą sprawę z jednodniowym wyprzedzeniem.
 
Na szczęście organizacja pomogła w znalezieniu tymczasowego zastępczego zakwaterowania dla dziewczyny z Chin, ponieważ mój syn przyniósł do domu wirusa, którym mogłaby się zarazić (ja sama się zaraziłam).
 
Opisałam szczegółowo jak nasza rodzina skorzystała na tym, że odwiedził nas gość z drugiego końca świata.

CHŁOP Z WOZU - KONIOM LŻEJ

 

Wiele kobiet, gdy dowiadują się, że ich mąż lub partner wyjeżdża w długą delegację lub na zagraniczny kontrakt, rzuca wszystko i jedzie z nim, albo popada w czarną rozpacz. Ja taka nie jestem. Kiedy Michael wyjeżdża na miesiąc lub dwa (jest nurkiem specjalizującym się w pracach głębinowych w przemyśle wydobywczym, pracuje czasem w najodleglejszych zakątkach świata), zawsze widzę w tej sytuacji liczne szanse dla siebie, dla własnego rozwoju i wzmacniania wewnętrznej siły czy odkrywania nieznanych mi wcześniej jej pokładów.

Oczywiście, bywa wtedy ciężko, ale mam swoje życie, pracę, pasje i przyzwyczajenia, dlatego nie wyobrażam sobie sytuacji, w której miałabym rzucać pracę, pakować manatki i nasze dzieci i jeździć za nim. Częste podróże w egzotyczne miejsca są kuszące, ale ja do szczęścia potrzebuję ram, stabilizacji, rutyny i… konsekwentnego budowania mocnej pozycji zawodowej. Tu, we Wrocławiu.

Mam opracowany system jak nie zwariować solo z dziećmi, jakie zadania delegować osobom z zewnątrz, jak ogarnąć rodzinę i dom logistycznie i jak po pracy znaleźć jeszcze czas na swoje sprawy.

parallax background

"(...) zawsze widzę w tej sytuacji liczne szanse dla siebie, dla własnego rozwoju i wzmacniania wewnętrznej siły czy odkrywania nieznanych mi wcześniej jej pokładów."

POMYSŁ: GOŚĆ Z DRUGIEGO KOŃCA ŚWIATA

 

Smutno mi jednak, gdy w takich zwyczajnych codziennych sytuacjach jak poranna kawa, obiad, kolacja czy wieczór, gdy dzieci poszły już spać, nie mam się do kogo dorosłego odezwać. Rodzina i znajomi często nas odwiedzają, staram się przynajmniej raz w tygodniu wygospodarować chwilę na kawę lub spacer z koleżanką, ale jednak to mało. I w ten oto sposób, kiedy okazało się, że Mike niedługo wyjeżdża na około 4 tygodnie, zaświtała mi myśl, że moglibyśmy w tym czasie mieć jakiegoś gościa, najlepiej z zagranicy, wtedy dzieci wciąż miałyby dużo kontaktu z językiem angielskim, to ściągnęłoby ze mnie część odpowiedzialności za ten obszar ich rozwoju, w którym muszę zastępować ich tatę, angielskiego native speakera, gdy jest na kontrakcie.

Dodatkowym czynnikiem wpływającym na moją decyzję był też fakt, że mój starszy syn Maks jechał na 10-dniowe wakacje. Więcej przestrzeni w domu wydawało mi się być idealną okazją, by kogoś tu zaprosić.

WOLONTARIUSZKA Z AIESEC

 

Zgłosiłam się do organizacji AIESEC Polska, którą pamiętałam jeszcze ze swoich studenckich czasów. AIESEC to międzynarodowa organizacja prowadzona przez młodych ludzi, której misją jest propagowanie pokoju, otwartości na różne kultury, współpracy międzynarodowej i pełnego wykorzystania ludzkiego potencjału.

W ramach swoich działań realizują między innymi projekt zagranicznego wolontariatu (na który zresztą namierzałam się będąc studentką, ale ostatecznie zrezygnowałam, bo zaczęłam swoją pierwszą naprawdę obiecującą pracę na etacie w startupie związanym z moimi ówczesnymi zainteresowaniami i nie chciałam tego zaprzepaścić miesięcznym wyjazdem - do dziś zresztą nie żałuję swojej decyzji, bo w firmie tej przepracowałam kilka lat i zdobyłam nieocenione doświadczenia, z których korzystam do dziś).

Naturalnym przedłużeniem tego projektu jest Global Host, czyli możliwość przyjęcia pod swój dach osoby, która na takowy wolontariat przyjeżdża do Polski.

Global-Host-Color-300x115

GOŚĆ Z DRUGIEGO KOŃCA ŚWIATA W TWOIM DOMU - JAK TO ZROBIĆ?

Jak to wygląda i jakie warunki trzeba spełnić, aby przyjąć gościa z wolontariatu AIESEC?
Jako host musimy zapewnić gościowi miejsce do spania - to nie musi być osobny pokój z aneksem kuchennym i łazienką - uczestnicy przyjeżdżają na wolontariat po przygodę, można zaproponować im sofę w salonie lub pompowany materac, ja jednak w ramach gościnności zaproponowałam swoją sypialnię, aby zagwarantować odwiedzającej nas osobie odrobinę prywatności i azyl od zgiełku życia rodzinnego.
Podajemy daty, w których możemy kogoś przyjąć oraz ilość osób, dla jakich mamy miejsce (ja podkreśliłam również, że zależy mi, aby to była dziewczyna; wyjaśnię, żeby nikt się nie czepiał: nie dyskryminuję mężczyzn, ale taką decyzję podjęłam po pierwsze dla mojego komfortu, po drugie dlatego, że kobiety i tak mają w życiu przerąbane i jeśli mam do wyboru wesprzeć w czymś dziewczynę lub chłopaka to zawsze wybiorę dziewczynę).
Czekamy na info od AIESEC i przyjmujemy gościa.
 

Oczywiście tyle w teorii i od razu podkreślę, że choć jak do tej pory samo doświadczenie goszczenia w domu obcej mi studentki z Chin jest bardzo pozytywne, wnosi wiele świeżości w życie mojej rodziny, to na pewno jeśli w przyszłości będziemy chcieli coś takiego powtórzyć, to raczej nie za pośrednictwem AIESEC.

Moje negatywne odczucia dotyczące współpracy z AIESEC:

 

W formularzu kontaktowym podałam ramy czasowe, w których mogę przyjąć osobę z wolontariatu - był to okres, gdy mój starszy syn miał przebywać na wakacjach - w tym czasie zaproponowano mi przyjęcie DWÓCH CHŁOPAKÓW, mimo, że podkreśliłam, iż mogę przyjąć jedną osobę :)


Następnie kontakt urwał się na kilka tygodni, po których zapytano mnie, czy za kilka dni (dokładnie 16 czerwca, czyli gdy starszak już dawno wrócił z wakacji) może przyjechać do mnie na 4 TYGODNIE dziewczyna z Indonezji (jak się później okazało, jest z Chin); po przeanalizowaniu sytuacji zadzwoniłam poinformować ich, że mogę ją przyjąć, ale na maksymalnie dwa tygodnie, po czym kontakt znów się urwał


15 czerwca (przeczytaj jeszcze raz datę, kiedy miała przylecieć do Polski) dostałam SMS od osoby, która do tej pory kontaktowała się ze mną w sprawie projektu Global Host, z zapytaniem o której będę jutro w domu, bo dziewczyna o 10.30 ląduje na lotnisku we Wrocławiu oraz prośbą o adres, pod który ma przyjechać


Nie otrzymałam od AIESEC żadnych konkretnych informacji na temat przyjeżdżającej do mnie osoby, nawet imienia, nie wspominając o mailu czy numerze telefonu, jak się później okazało - ona również nie otrzymała takich informacji o mnie.


 

Szczerze - byłam w niezłym szoku, a akurat świętowałam swoje urodziny poza Wrocławiem i absolutnie nie miałam czasu jakkolwiek przygotować się ani mieszkania na przyjazd gościa. Doszłam jednak do wniosku, że potraktuję to jako przygodę i wyzwanie, więc odesłałam wiadomość z adresem i informacją, że będę czekać na tę wolontariuszkę.

AIESEC JEDNAK STAJE NA WYSOKOŚCI ZADANIA

 

Po kilku dniach od przyjazdu Heily, po tym jak zadomowiła się już u nas, dzieci się z nią zaprzyjaźniły, wypiłyśmy razem kilka bezalkoholowych piw i urządziłyśmy sobie nawet małą wycieczkę rowerową po Wrocławiu (przesadziłam chyba z ilością atrakcji i kilometrów na jeden dzień, bo odsypiała to potem 7h), mój młodszy syn, roczny Mikołaj, rozchorował się.

Lekarz zdiagnozował wirusa, a to oznaczało, że moje dziecko chodzi i zaraża (ofiarą jego zarazków padłam zresztą szybko ja sama, lądując następnego dnia w łóżku z wysoką gorączką).

Z troski o zdrowie Heily, która przecież wychowała się i żyła w zupełnie innej strefie klimatycznej, z innymi chorobami, skontaktowałam się z organizacją z prośbą o znalezienie tymczasowo, chociaż na kilka dni, zastępczego zakwaterowania. Zadeklarowałam się również, że jeśli nie będzie to możliwe - opłacę jej po prostu hotel lub airbnb (choć w głębi serca chciałam uniknąć tego kosztu, który wynikałby przecież nie z mojej winy; niemniej jednak przyjmując gościa z końca świata trzeba brać za to odpowiedzialność i liczyć się z różnymi ewentualnościami).

Na szczęście już następnego dnia znalazło się nowe miejsce dla mojego gościa - teraz przebywa wprawdzie w mieszkaniu na drugim końcu miasta i ma dłuższą drogę na zajęcia, które prowadzi z dzieciakami w ramach wolontariatu (m.in. uczy angielskiego lub pokazuje dzieciom jak jeść pałeczkami!), potwierdziła, że wszystko jest ok i że nie ma do mnie pretensji. Poza tym, pewnie za parę dni, gdy ja i Miko poczujemy się lepiej (Maksa również oddelegowałam do dziadków korzystając z dobrodziejstwa “długiego weekendu”), przyjmiemy ją z powrotem z otwartymi ramionami.

Jakie są plusy przyjęcia gościa z drugiego końca świata?

 

Zwiększyła się u nas częstotliwość używania języka angielskiego. O modelu dwujęzyczności w mojej rodzinie pisałam już tekst, wymaga on zresztą aktualizacji, bo parę rzeczy się zmieniło (m.in. Mikołaj zaczął uczęszczać do dwujęzycznego żłobka), a na czas wyjazdów Michaela zwiększam anglojęzyczny przekaz w kierunku dzieci o jakieś 200% w stosunku do swojej normy.

Dodatkowo dzieci mają szansę osłuchać się z zupełnie innym akcentem, niż ten, do którego są przyzwyczajone (Mike mówi tak jak się mówi na południu Londynu, ja zdecydowanie przejęłam od niego tę manierę, babcia Doreen podczas rozmów przez skype komunikuje się idealnym RP, czyli takim akcentem, jaki usłyszsz w BBC lub podczas zadań z sekcji Listening na egzaminach maturalnych, FCE, itd.).

Ja sama zawsze miałam problem ze zrozumieniem angielszczyzny ludzi z Azji, bo nigdy na taki angielski nie byłam eksponowana. Teraz mogę się do niego przyzwyczaić.


Mikuś chyba nigdy wcześniej nie widział osoby o mongoloidalnych cechach wyglądu. Jeździmy do moich teściów do UK i owszem, “bywamy” w Londynie, gdzie można zobaczyć przedstawicieli chyba każdej rasy świata, ale maluch zazwyczaj jest w chuście, wtulony w moją klatkę piersiową, więc to jego pierwsze bardziej świadome doświadczenia z osobą, która wizualnie tak bardzo się od nas różni.

Maksi, z którym mieszkałam kiedyś w Monachium, bardzo kosmopolitycznym mieście, jest przyzwyczajony do osób o skośnych oczach czy ciemnej skórze, nie brakuje ich zresztą we Wrocławiu, ale nigdy wcześnie takowa nie była u nas w domu.

Otwartość na różnorodność etniczną i kulturową jest jednym z moich priorytetów związanych z wychowaniem dzieci, dlatego zagraniczna wizytorka idealne wpisuje się w ten program.


Maksi, mój sześciolatek, który nie jest natywnie dwujęzyczny (jeśli czytasz mojego bloga regularnie, wiesz to z tekstu "Dwujęzyczność zamierzona, niezamierzona czy jaka?"), a w dodatku jest bardzo nieśmiały, ma okazję przełamać tę barierę.

Pierwszego dnia nie odzywał się do Heily i unikał wręcz kontaktu wzrokowego, ale drugiego razem rysowali, a trzeciego z zacięciem tłumaczył jej (na tyle, na ile potrafił) zasady gry w Dobble i Uno).


Pojęcie wolontariatu nigdy wcześniej nie pojawiło się w moich rozmowach z Maksem. Zawsze uczyliśmy go, że pieniądze nie biorą się z bankomatu, tylko są wynagrodzeniem za wykonaną przez nas pracę. Dotychczas nie tłumaczyłam mu, że instnieją też inne modele, jak praktyki, staże czy właśnie wolontariat, w których wynagrodzeniem jest albo niewielkie stypendium, albo zdobycie doświadczenia, którego w zwykłej płatnej pracy na początku kariery nie możnaby tak łatwo zdobyć, albo właśnie zagraniczny wyjazd z bezpłatnym zakwaterowaniem.

Teraz pojawiła się okazja, by to przedyskutować. Kto wie, może kiedyś, gdy będzie studentem lub młodym dorosłym, sam zechce wziąć w czymś takim udział?

Swoją drogą, jego pierwsza reakcja na to, że Heily przyjechała do Polski wykonywać pracę, za którą nie dostaje pieniędzy, była niebywała. Oburzył się i powiedział, że to niesprawiedliwe i że szybko musi znaleźć jakąś inną ;) Teraz już wie, że akurat w tym projekcie chodzi o przygodę, otwarcie się na nową kulturę, wzbogacenie CV i wspomnienia na całe życie.


Poznałam niezwykłą młodą kobietę, odważną i ambitną, z którą mimo różnic wynikających z wieku, życiowych doświdczeń czy kraju pochodzenia, nadajemy na tych samych falach. Mam niebywałą okazję zweryfikować stereotypy i swoją dotychczasową wiedzę o życiu w Chinach, pozycji kobiety i rolach społecznych w tym kraju.

Okazuje się, że jest wiele podobieństw pomiędzy naszymi kulturami, historią naszych państw, trendami społecznymi. Heily również konfrontuje różne opinie o Polsce, które przywiozła z Azji.

Np. przyjechała tu przekonana, że wszędzie są kościoły. Kiedy oprowadzałam ją po okolicy, pytała o co trzeci budynek: czy to kościół? Później razem się już z tego śmiałyśmy. Była też zdziwiona, że nie jesteśmy katolikami (mam tu na myśli moją rodzinę, nie ogół społeczeństwa). Ona za to jest katoliczką, ale nie praktykującą (a ja spodziewałam się, że jest buddystką lub muzułmanką).

Jeden stereotyp o azjatyckich kobietach się potwierdził: pielęgnacja skóry, o której krążą wręcz legendy. Rzeczywiście, Heily codziennie nakłada na twarz liczne maseczki, wklepuje kremy i nie rusza się z domu zanim szczelnie nie pokryje ciała filtrem SPF 50… no tak, to mogę zaliczyć do minusów, bo dłużej niż zwykle muszę czekać na dostęp do swojej własnej łazienki :)

 

Kurujemy się z Mikołajkiem, aby jak najszybciej wyzdrowieć, bo choć chwilowo odzyskałam swoją sypialnię to już zdążyłam zatęsknić za naszą Chinką! Dobrze, że Maks pojechał do babci, bo gdy dowiedział się, że Heily przez kilka dni pomieszka gdzie indziej, wpadł w rozpacz.

Mam więc do Ciebie prośbę - po pierwsze, trzymaj kciuki abyśmy szybko wyzdrowieli. Po drugie - podaj ten tekst dalej!

Jestem pewna, że wiele rodzin, zwłaszcza tych wychowujących dzieci w duchu dwujęzyczności, chciałoby przeżyć podobne doświadczenie, ale nie ma pojęcia o takiej możliwości. Jeśli wyślesz go znajomym lub udostępnisz na facebooku, jest duża szansa, że dotrze do osób zainteresowanych tematem!

Po trzecie - napisz mi w komentarzu co myślisz o tego typu projektach, czy sama brałaś w czymś podobnym udział (gościłaś u siebie osobę z innego kraju, albo wyjeżdżałaś za granicę jako studentka?).

Po czwarte - jakie są Twoim zdaniem najpopularniejsze stereotypy dotyczące Chin i życia w tym kraju? Napisz mi w komentarzu, bo przymierzamy się z moim gościem do nagrania filmu na YouTube, w którym będziemy je potwierdzać lub dementować :) Masz jedyną w swoim rodzaju szansę dołożyć cegiełkę do tego przedsięwcięcia!

I standardowo, zaglądaj na mój instagram i vlog parentingowy na youtube, wrzucam tam zupełnie inne treści niż na blog, więc… nudy nie ma!

Monika Dawidowicz

Elo Pomelo Blog


Jestem lektorką języka angielskiego oraz specką od stron WWW i grafiki. W wolnych chwilach fotografuję, kręcę filmy, gram na gitarze i uczę się hiszpańskiego.

Wychowuję dwóch wielojęzycznych synów, zasypuję swoje dzieci dobrą literaturą z całego świata i wygłupiam się z nimi w rytm latynoamerykańskiej muzyki.

Mieszkam we Wrocławiu i jestem typowo miejskim stworzeniem, dlatego zgodnie ze stereotypem matki-mieszczki, najczęściej spotkasz mnie pędzącą z wózkiem, kawą w ręku i torbą nowości książkowych wypożyczonychych z biblioteki.
Prowadzę blog o dwujęzyczności, książkach dla dzieci, kulturze i dobrej literaturze dziecięcej oraz wychowaniu dzieci w bogatym i zróżnicowanym środowisku estetycznym. Jeśli masz jakieś pytania, wątpliwości lub sugestie,

napisz do mnie: powiedzelopomelo@gmail.com

2 Comments

  1. Luiza pisze:

    Nie wiem czy odważyłabym się przyjąć obcą osobę do domu, ale na pewno wydaje się to ciekawym doświadczeniem. Czy ostatecznie dzieci się dogadały z tą dziewczyną?

    • Monika pisze:

      Dogadały!

      A przyjęcie gościa w domu na pewno nie jest dla każdego. Ja drugi raz chyba bym się na to nie zdecydowała, przynajmniej nie przy takich warunkach lokalowych jakie obecnie mam.

A Ty? Powiedz mi teraz co o tym myślisz -> -> -> NAPISZ KOMENTARZ