parallax background

Dwujęzyczność zamierzona, niezamierzona czy jaka? Języki w moim domu

ksiazka kontrastowa
Popatrz w niebo. Pierwsza książka dla dziecka.
17 stycznia 2019
Fajności na luty – książki dla rodziców, niesamowity wywiad, przygotowania do wiosny
3 lutego 2019
 

Moja rodzina jest zasadniczo dwujęzyczna. W największym uproszczeniu: tata jest anglojęzyczny, mama jest polskojęzyczna, dzieci są dwujęzyczne, kropka.

O k, w moim domu nie ma kropki. Jest inaczej i czasami budzi to pewne wątpliwości. Dzisiaj opowiem jak to właściwie jest, że nie jest wcale tak prosto i oczywiście, jakie wynikają z tego trudności, a jakie są plusy takiej sytuacji.

Najczęściej, jak się komuś żalę, że coś u mnie w domu nie wychodzi z angielskim, albo rozmawiam z rodzicami-Polakami, którzy postanowili wychować dzieci dwujęzycznie, to słyszę, że przecież u mnie w domu to jest inaczej, że łatwiej, że naturalnie. Inaczej - owszem, jest i tutaj zgodzę się na 100%. Czy naturalnie i łatwiej… niekoniecznie.

 

Rodzina patchworkowa dwujęzyczna



Rodzina dwujęzyczna i w dodatku patchworkowa… Nie lubię tego określenia i nie do końca do nas pasuje, ale jest modne i dobrze się klika, więc użyłam go celowo, choć nazwałabym to inaczej. Jest taka fraza, która funkcjonuje w społeczeństwie brytyjskim. Blended family (w opozycji do patchwork family), czyli rodzina (wy/z)mieszana.

Patchwork to pozszywane ze sobą kawałki niepasującego do siebie materiału - zawsze widać, że są inne, z daleka rzuca się to w oczy. Zblendowane owoce z kolei tworzą gładki koktajl. Blendujemy kosmetyki na twarzy, żeby uzyskać płynne przejścia kolorów i cieni na kościach policzkowych i linii żuchwy. Jeśli tkanina jest blendem to niekoniecznie to widać na pierwszy rzut oka, ale po prostu zachowuje ona właściwości każdego z użytych włókien.

Nie da się opisać podziału języków w moim domu bez zaznaczenia, że tworząc naszą rodzinę, każde z rodziców weszło na start z jednym dzieckiem (ja z polskojęzycznym, a M. z dwujęzycznym - pol-ang.). Najmłodsze dziecko, to wspólne (biologicznie wspólne i prawnie wspólne - bo jako, żeśmy tacy zblendowani, to oczywiście funkcjonalne całą trójkę traktujemy jako wspólną) ma najłatwiejszą sytuację. Jest w połowie Polakiem, w połowie Anglikiem, wychowuje się od początku życia w rodzinie dwujęzycznej. W teorii to oczywiście znowu bardzo proste.



Dziecko dwujęzyczne nienatywnie



Mój starszy syn urodził się w rodzinie wyłącznie polskojęzycznej i w takiej wychowywał przez kilkanaście pierwszych miesięcy życia (przeprowadziliśmy się w pewnym momencie za granicę i rzeczywiście przez chwilę funkcjonował w otoczeniu języka niemieckiego i angielskiego, ale jak sam przyznaje - niewiele pamięta z tego okresu, więc przyjmuję, że to nie wpłynęło szczególnie na jego obecną dwujęzyczność). Ja, decydując się na wejście w związek z obcokrajowcem nie mówiącym zbyt dobrze po polsku (i z różnych powodów ten stan raczej się nigdy nie zmieni), automatycznie podjęłam też decyzję, że moje dziecko od tego momentu będzie musiało żyć z drugim językiem, obok języka ojczystego.

 

Dwujęzyczność dziecka - oczekiwania vs rzeczywistość



Wraz z M. założyliśmy, że nasza wzajemna komunikacja po angielsku oraz jego komunikacja po angielsku z moim synem wystarczy, aby ten w krótkim czasie opanował język angielski na takim poziomie, żeby mówić w miarę swobodnie. Było to naiwne życzenie, okazało się bowiem, że zdecydowanie to nie wystarczy i będzie to od nas wszystkich wymagało więcej zaangażowania oraz wysiłku.

W tej chwili starszak właściwie wszystko już rozumie i w miarę swobodnie potrafi porozumiewać się po angielsku, na pewno nie na poziomie rówieśnika z UK, ale i tak jest nieźle. Dopiero od niedawna działamy z językiem angielskim solidniej - zasypaliśmy dom dobrymi książkami po angielsku dla dzieci, wprowadziliśmy w codzienną rutynę więcej anglojęzycznych zabaw, etc. Ja z reguły do starszego syna nie mówię po angielsku, ale czasami spontanicznie coś zagadam i on bez namysłu odpowiada mi właśnie po angielsku (czasami mówi, że jestem NIEMĄDRA i że mam tak do niego nie mówić - to zależy, jak wiatr zawieje). Z ojczymem porozumiewa się bez problemu, chociaż popełnia dużo błędów językowych (na szczęście/nieszczęście native speakerzy nie zwracają na to za bardzo uwagi).

Zanim urodził się nasz bobas, wspólnie postanowiliśmy, że będziemy do niego mówić obydwoje wyłącznie po angielsku. Ze wszystkich stron słyszałam krytykę tego pomysłu, ale murem stałam za swoim postanowieniem…

...aż do momentu, kiedy ujrzałam Mikołaja po raz pierwszy. Jakoś mi się tak wyrwało: “Cześć!” i okazało się, że po prostu nie jestem w stanie mówić do niego tylko po angielsku (a przynajmniej nie byłam w stanie na samym początku, przez pierwsze tygodnie). Życie zweryfikowało wybrany przez nas “model” komunikacji z dziećmi, ale nieeeee, nie jest to klasyczny OPOL (one parent/person, one language). Jest zgoła inaczej i nadmienię tylko, że nie jest to wynikiem żadnej strategii czy planu - wyszło tak naturalnie, w codziennych rozmowach w ogóle się nad tym nie zastanawiam, po prostu tak się dzieje.

 

Jak rozmawiamy w rodzinie dwujęzycznej?



Gdy spędzamy czas całą rodziną, w komplecie, to do wszystkich dzieci zwracam się po polsku (chyba, że mamy jakąś zabawę po angielsku - wtedy robię wyjątek).

Gdy spędzam czas z M. i z bobasem - mówię do bobasa po angielsku.

Gdy spędzam czas z samym bobasem - mówię do bobasa po angielsku.

Gdy spędzam czas z bobasem i innymi osobami, które nie znają dobrze angielskiego - mówię do bobasa po polsku.

Gdy spędzam czas z bobasem i innymi osobami, które znają angielski, ale ich dzieci są z nami i one nie znają angielskiego - mówię do bobasa po polsku.

Gdy jestem sama z dziećmi to do starszego syna mówię po polsku, a do młodszego syna czasem po polsku, czasem po angielsku.

Generalnie do starszego syna właściwie nigdy nie mówię po angielsku i czasem wydaje mi się, że to błąd.

 

Czemu nie OPOL z bobasem, skoro to byłoby najbardziej naturalne rozwiązanie?



Mieszkamy w Polsce, bobik i tak jest otoczony językiem polskim. Nie spędzamy całych dni zamknięci w domu, nie spędzamy całych dni w izolacji od świata. Polski jest wszędzie. Angielskiego jest mniej. Słabo byłoby gdyby Mikky za jedyne źródło angielskiego miał tatę, który wiecznie jest w delegacjach (po kilka dni) lub na kontraktach (kilka tygodni), a jak nie jest, to do wieczora jest w pracy w biurze. Poza tym jest małomówny, nie to co ja… dlatego aby zwiększyć input, zwiększam input.

Czy taka konfiguracja jest dobra i działa? Nie wiem, bo każda rodzina musi znaleźć swoją. Na pewno nie jest najłatwiejsza, na pewno zdarzają się nieporozumienia, na pewno często ktoś jest pokrzywdzony bo czegoś tam nie zrozumiał i na pewno dla mnie sytuacja jest najbardziej męcząca, bo hiper altruistycznie wzięłam na swoje barki ciężar dbania o to, żeby każdy z każdym mógł się porozumieć. Poza tym czasem mam wrażenie, że mózg mi się przegrzewa od tego wiecznego przełączania się między językami, zwłaszcza, że codziennie staram się jeszcze szlifować swój z lekka zakurzony niemiecki, a dodatkowo wraz ze starszym synem wspólnie uczymy się kolejnego języka. Ale tak po prostu się dzieje i tak po prostu jest. Nie spędzam za dużo czasu rozmyślając nad tym. Prawdę powiedziawszy, dopiero zabierając się za pisanie tego tekstu, usystematyzowałam sobie “naszą” metodę i ubrałam ją w słowa.

 

Dwujęzyczność i kolejny język obcy - czyt to nie za wiele?



No i właśnie, co z tym kolejnym językiem. Otóż, mimo, że starszy syn stał się dwujęzyczny (a dwujęzyczność definiuję nie jako znajomość dwóch języków w idealnie równych proporcjach, tylko jako częstotliwość używania - również niekoniecznie w równych proporcjach, ale mniej-więcej codziennie) nienatywnie, nabył język angielski jako drugi, ale w tej chwili jest on zupełnie naturalną częścią jego życia i wydaje mi się, że nie traktuje tego jako język obcy. Z moich obserwacji wynika, że dzieci pewne rzeczy przyjmują na klatę bezrefleksyjnie, jako absolut. Dla mojego dziecka niczym dziwnym jest np. że każdy w rodzinie ma inne nazwisko, że w domu są dwa języki, że każde dziecko w rodzinie ma inny set rodziców. Bo tak po prostu jest, do takiej sytuacji jest przyzwyczajone, jednocześnie wie, że w innych domach może być inaczej - ma świadomość, że są rodziny z jednym językiem, z jednym rodzicem, z dwoma rodzicami, ale zawsze tymi samymi i tymi samymi dla różnych dzieci, z babcią i dziadkiem zamiast rodziców, etc. Angielski nie jest już obcy, dlatego lekko i bezproblemowo mogliśmy zacząć naukę innego języka, bez ryzyka nadmiernego obciążania dziecka. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć jak dużą daje to przewagę i łatwość na późniejszych etapach życia. I choć nie jestem rodzicem-helikopterem, drżącym o każdy ruch dziecka i o każdy aspekt jego przyszłości - wierzę, że warto dziecko wyekwipować w narzędzia, dzięki którym samo poradzi sobie w różnych sytuacjach. Języki są nieocenionymi narzędziami.

 

Dwujęzyczność w rodzinie - błogosławieństwo czy przekleństwo?



Podsumowując - z tą zamierzono-niezamierzoną dwujęzycznością sytuacja jest słodko-gorzka. Jest dziwacznie, bo każdy mówi inaczej i do poszczególnych członków rodziny zwraca się inaczej (ale to się dzieje naturalnie i nie jest to bardzo trudne - najtrudniejsze jest pewnie dla otoczenia, ale nie dbamy o to, bo to nasza rodzina i nikt nie przeżyje naszego życia za nas, a tym bardziej nikt nie wychowa naszych dzieci za nas).

Trudno było na początku przestawić się starszakowi na angielski i do dziś jest wiele rzeczy, których nie umie powiedzieć (ale bez cienia żenady próbuje, po swojemu, na okrętkę - jako lektor języka angielskiego zawsze zachęcam do tego moich słuchaczy, szczególnie tych początkujących, ale niestety dorosłym jest ciężej się przełamać niż dzieciom).

Plusem jest to, że angielski nie jest już obcy. Dla bobasa tym bardziej, bo słyszał go nawet zanim jeszcze się urodził, w życiu płodowym (przez całą ciążę, do ostatniego dnia, pracowałam jednocześnie w 2 szkołach językowych, więc 6 dni w tygodniu od rana do wieczora, grał angielski).

Łatwiej jest wprowadzić jakikolwiek inny język bez dodatkowego obciążania dziecka, bo ten drugi tak naprawdę się nie liczy.

Poza nielicznymi głosami krytyki, że jak to tak dziwnie i czemu się nie trzymamy “głównej zasady dwujęzyczności” OPOL (oczywiście tutaj sobie żartuję, bo nie ma czegoś takiego jak główna zasada dwujęzyczności, jednak jeśli wygooglujecie sobie”dwujęzyczność dziecięcą” to w większości artykułów widnieją tego typu farmazony), nasza konfiguracja spotyka się z sympatycznym odbiorem. Często gdy jesteśmy razem np. w restauracji, ludzie przysłuchują się z ciekawością, a co śmielsi nawet zagadują i dopytują jak to u nas jest z tymi językami.

 

A jak to jest u Was? Czy wychowujesz dziecko w rodzinie dwujęzycznej, wprowadzasz język obcy od wczesnego dzieciństwa, a może czekasz aż dziecko podrośnie? Koniecznie daj znać w komentarzu (na dole strony, nad kwadratowymi zdjęciami z instagramu, jest formularz).

13 Comments

  1. U nas nuda:)Tylko polski w domu (nie licząc naszych rodzicielskich prób mówienia czasem do dzieci po “inglisz” i czytania starszakowi po angielsku). Ale przeczytałam tekst z ogromnym zainteresowaniem i dowiedziałam się o Was wielu nowych rzeczy:) I choć jestem w tej grupie, która to po inglisz rozumie, ale jej dzieci nie,więc słyszy Cię mówiąca do bobasa po polsku, to Twoje ostatnie pogadanki do synka na story w wersji “britisz Lejdi” były boskie i wciąż brzmią mi w uszach 😍😍😍 Uściski!

    • Monika pisze:

      Miło mi, że Ci się podobały moje pogadanki. I tak mam czasem w głowie blokadę i jakiś dziwny wstyd (np. jak idę ulicą i zagaduję do Miko w wózku), ale potem myślę sobie, że serio, polska ulica nie nauczy mi dziecka angielskiego, dlatego muszę wziąć sprawę w swoje ręce.

  2. […] dziecko, ale boją się lub nie wiedzą jak. Moją historię opisałam dokładnie w tekście "Dwujęzyczność zamierzona, niezamierzona czy jaka…".. […]

  3. […] że muszę nauczyć dziecko angielskiego (okoliczności tejże opisałam szczegółowo w tekście “Dwujęzyczność zamierzona, niezamierzona czy jaka? Języki w moim domu”), byłam pewna, że stały kontakt z native speakerem, liczne angielskie książki dla dzieci […]

  4. […] Dwujęzyczność zamierzona, niezamierzona czy jaka? Języki w moim domu […]

  5. […] się u nas częstotliwość używania języka angielskiego. O modelu dwujęzyczności w mojej rodzinie pisałam już tekst, wymaga on zresztą aktualizacji, bo parę rzeczy się zmieniło (m.in. […]

  6. […] mojej rodzinie, to sytuacja jest nieco skomplikowana. Dokładną historię opisałam w tekście pt. “Dwujęzyczność zamierzona, niezamierzona czy jaka? Języki w moim domu” , do którego odsyłam w ramach wprowadzenia w […]

  7. […] to z moim starszym, 6-letnim synem Maksem (u którego dwujęzyczność jest nienatywna, o czym pisałam już na blogu). Ostatnio zapytał co to jest to całe “sharing”, bo gdzieś w książce było. Więc mówię […]

  8. Maria pisze:

    Ale fajnie przeczytać taką historię! U nas niby nic dziwnego – dwoje rodziców, jedno dziecko, oboje jesteśmy Polakami, z tym że do dziecka, i coraz częściej w sytuacjach domowych między sobą, oboje mówimy po hiszpańsku. Polski w kontakcie z dzieckiem pojawia się tylko w otoczeniu osób, które nie rozumieją hiszpańskiego. I mimo że u nas jednak trochę nuda, to poczułam pełne zrozumienie dla Twojej metody – bo nasza wynika chyba z tego samego, a więc z tego, jak sami na co dzień używamy języków. Będę śledzić bloga! Powodzenia!

  9. Hej, u nas też pojawił się tekst na ten temat – nasza lektorka Magda wychowuje swojego syna w dwujęzyczności. Poszperaliśmy trochę, poczytaliśmy badania i powstał artykuł. Jakby co, to zapraszamy. 😉

  10. […] zakrętów oraz dziur niczym ulice na wschodzie Polski. Opisałam to szczegółowo w tekście pt. "Dwujęzyczność zamierzona, niezamierzona, czy jaka? Języki w moim domu", a kontynuacja historii pojawiła się w tekście pt. "Odważyłam się mówić do dzieci po […]

A Ty? Powiedz mi teraz co o tym myślisz -> -> -> NAPISZ KOMENTARZ