Nasza wielojęzyczna przygoda w 2020
parallax background

Pandemia, koniec 2020, święta i nasza wielojęzyczna przygoda

9 grudnia, 2020
fryzjer a dwujęzyczność
Czego wizyta u fryzjera nauczyła mnie o dwujęzycznym wychowaniu dzieci
19 listopada, 2020
monika dawidowicz blogerka
Top lista tekstów na moim blogu – o dwujęzyczności, książkach dla dzieci i macierzyństwie
28 grudnia, 2020
 

Podsumowałam jak wyglądała nasza dwujęzyczna przygoda w 2020, co się zmieniło, co było ważne, fajne, kiepskie, a także jakie mam plany związane z blogiem i moim kanałem na YouTube na 2021 rok. Są też podziękowania i obietnice pokoju na świecie (żart, ale podziękowania nie są żartem).

 

To zabawne jak ciężko zabrać się za pisanie, kiedy człowiek zrobi sobie przerwę. Będąc w rytmie “nowy tekst w każdy poniedziałek i czwartek”, mam wrażenie, że pisałam ciągle. A gdy postanowiłam, że jeden poniedziałkowy tekst sobie odpuszczę, bo chcę zebrać myśli, to potem już ciężko było się za to zabrać i moja ‘writer’s block’ postępowała.
>
Zbliża się jednak koniec roku, dużo sobie rzeczy podsumowuję, zapisuję, dużo myślę o tym, co poszło dobrze, co stanęło na przeszkodzie do osiągnięcia moich celów i jakie będą dalsze działania. Pomyślałam więc, że to dobry moment, by podzielić się kilkoma refleksjami z Czytelniczkami mojego bloga. Mam nadzieję, że Ty także zdecydujesz się napisać kilka słów w komentarzu pod tym tekstem.

Opowiem o czterech tematach - highlighty związane z edukacją moich dzieci, przemyślenia dotyczące pandemii, lockdownu i tym podobnych, kilka słów o blogowaniu, a na koniec coś, czego pewnie wszyscy są ciekawi, a mianowicie odpowiedź na pytanie - jak w sposób dwujęzyczny i dwukulturowy obchodzimy święta.

 

Co się dzieje z edukacją językową i ogólną moich dzieci

Starszak zaczął w tym roku pierwszą klasę podstawówki. W zwykłej osiedlowej rejonówce, którą mamy za płotem i jej wybór był wyborem wygodnym (choć wybór miejsca zamieszkania był wcześniej rozważany pod kątem placówek w okolicy, także nic nie dzieje się bez przyczyny), i uważam, że dobrym. Nie było żadnych dram i przełomów, bo w zeszłym roku szkolnym chodził do przyszkolnej zerówki, także on czuł się już jak pełnoprawny uczeń.

Odpowiednio wcześniej zrobiłam zaawansowany risercz i badania ilościowe i jakościowe pod kątem fajnych wychowawców, którzy puszczają w świat trzecie klasy i napisałam do szkoły podanie o zapisanie syna do klasy konkretnej nauczycielki - i to był strzał w dziesiątkę, bo ma naprawdę wspaniałą wychowawczynię - doświadczoną z różnych perspektyw (była w tej szkole już pedagogiem, wicedyrektorką i od lat nauczycielką w 1-3, co więcej, sama ma 4 dzieci, co dla mnie jest już wystarczającym treningiem kompetencji wychowawczych).

Jest to zwykła polskojęzyczna podstawówka, w której 2 razy w tygodniu dzieci mają zwykły angielski z podręcznikami i Super Simple Songs (ale ja naprawdę nie mam beki z Super Simple Songs, serio!). Co ciekawe, mój syn, który od niemal 4 lat ma w domu angielski jako drugi język funkcjonowania rodziny, wprowadzany w sposób naturalny, spontaniczny i totalnie nie-szkolny, uwielbia te lekcje i przynosi z nich zwroty i wyrazy, których my w domu po prostu nigdy nie używamy. Bo serio, pytacie się dziecka “Where is your pencil case?”. Ja przenigdy.

Zapisałam go dodatkowo na zajęcia do szkoły językowej Early Stage, dwa razy w tygodniu po 70 minut i jako, że zaraz kończy się pierwszy semestr to możemy co nieco stwierdzić, czy nam się to podoba, czy nie. Mój syn zdecydowanym głosem mówi, że nie. Że te zajęcia są beznadziejne. Ja prosiłam go by dał im szansę, bo miałam obawy, że twierdzi, że są beznadziejne tylko po to, żebym go wypisała i zamiast na nie chodzić, mógł bawić się z kolegami w szkolnej świetlicy. Po zamknięciu szkół wraz z jesiennym lockdownem angielski ES przeniósł się, jak wszystko, do świata online i szczerze powiedziawszy to nie dziwię się dlaczego Maks nie chce na nie chodzić. Mimo, że szkoła ma fajnie przygotowaną platformę online, autorskie podręczniki, ba, nawet aplikację z muzyką (to chyba najmocniejszy punkt ES, który wymienia mój syn), to rozważam i dumam, czy go jednak nie wypisać i po prostu sobie odpuścić to jego “cierpienie” przez 140 min tygodniowo i moje 220zł miesięcznie. Dumam i zobaczę co wydumam (*poprawka, wydumałam zanim skończyłam pisać ten tekst i złozyłam wypowiedzenie - niestety umowa jest tak skonstruowana, że jeszcze przez dwa miesiące trzeba będzie za te zajęcia płacić - miejscie to na uwadze, jeśli chcecie zapisać dziecko "testowo" i nie jesteście pewni, czy to dobry wybór).

Jeśli chodzi o młodszego syna, który ma 2 lata, to wraz z wiosennym lockdownem zrezygnowaliśmy z dwujęzycznego żłobka (który, jak często powtarzałam, moim zdaniem dwujęzyczny był chyba tylko z nazwy i z ceny). Okres wakacyjny przecierpiałam z nim w domu. Nie jestem jedną z tych wyrodnych matek, które nie lubią swoich dzieci i się wkurzają, ze muszą się nimi zajmować, oj, nie, nie. Niemniej jednak to było trudne - łączenie intensywnej pracy zawodowej i opieka nad 2-latkiem, którego roznosiła energia. Miałam jednak cały czas z tyłu głowy tę myśl, że w sierpniu będzie mógł zacząć chodzić do przedszkola - naszego ukochanego, najlepszego pod Słońcem przedszkola, do którego wcześniej chodził starszak, które to już zaklepało dawno miejsce dla juniora mimo, że jeszcze niby dzidziol (ale już wcześniej takie dzidziole też zaczynały tam przygodę, więc nauczycielki miały doświadczenie, a przede wszystkim nie miały nic przeciwko).

Ja nie miałam wielkich obaw przed tą zmianą, bo po pierwsze - Miko jest przebojowy, odważny, ciekawski i jest duszą towarzystwa, po drugie - uwielbiał chodzić do żłoba, po trzecie - przez pierwszy rok swojego życia regularnie bywał w tym przedszkolu gdy odbieraliśmy starszaka (a właściwie to czekaliśmy przez godzinę w środku aż do zamknięcia, bo dzieciaki jeszcze się bawiły i nie chciały wyjść, bo takie to właśnie jest przedszkole, w którym dzieci najchętniej to by spały). Na pewno duży spokój ducha dało mi to, że znałam tę placówkę i osoby, które ją tworzą i moja wizja wychowania dziecka pokrywa się z ich wizją. Ba, nawet w umowie z przedszkolem jest punkt o tym, że stosują tam NVC (non-violent communication czyli porozumienie bez przemocy wg. dr Marshalla Rosenberga), wierzą w rodzicielstwo bliskości, wychowanie bez kar i nagród (jupii, żadnych durnych naklejek i czarnych chmurek na “tablicy motywacyjnej” albo pochwał za sam fakt, że dziecko żyje). Jedyny minus? Brak angielskiego, ale do czasu, bo uwaga, w grudniu przyszła nowa nauczycielka, która jest anglistką i dzieciaki regularnie mają z nią zajęcia. Widziałam nagranie video z takiej “lekcji” i muszę przyznać, że naprawdę super przeprowadzona - jest komunikacja, ruch, zabawa, dużo gadanka, żadnych kart pracy. Reakcja Mikołaja, który od urodzenia jest dwujęzyczny? Brak zainteresowania, trzymanie się na uboczu. Ciekawe, bo starszy syn, gdy miał 4 i 5 lat, chodził ze mną na tzw. “zabawy po angielsku”, które nie były takimi lekcjami per se, a właśnie bardziej luźnymi zabawami w języku angielskim, zachowywał się dokładnie tak samo mimo, że on już świetnie wszystkie słowa znał i rozumiał i spokojnie mógłby i sam takie zabawy poprowadzić. Wolał jednak siedzieć na uboczu (ale zawsze cieszył się na te zajęcia i chciał na nie chodzić).

Zastanawiam się skąd się to bierze, ale jednocześnie też nie rozmyślam za bardzo i się nie martwię, bo moje dzieci i tak są mega uprzywilejowane przez życie, że od wczesnego dzieciństwa rodzice otaczają ich językami, więc jeśli nie skorzystają z tego co da przedszkole czy szkoła, to trudno.

Co ciekawe, Miko, zanim poszedł do przedszkola, prawie od początku życia w domu słyszał od nas tylko angielski i komunikował się (oczywiście na miarę tego jak komunikuje się przeciętny 2-latek) wyłącznie po angielsku (nawet z osobami mówiącymi po polsku, nie raz zresztą babcia miała niezłe zdezo o co mu chodzi, na szczęście z pomocą przychodzi wtedy starszy syn i tłumaczył). Wystarczyły jednak 2 tygodnie adaptacji w przedszkolu (3 razy w tygodniu po 2 godziny) i jego polski poszybował high way up in the sky!

M. czasami mówi, pełen obaw, że angielski Mikołaja się ostatnio pogorszył, ale to nieprawda. Po prostu jego polski się bardzo polepszył. To może być dobra wiadomość dla tych, którzy chcieliby wprowadzać języki obce od urodzenia, ale boją się, że potem dziecko nie poradzi sobie w przedszkolu w języku większości. Seriously, poradzi sobie, dajcie mu 2 tygodnie, a Was zaskoczy jakimś cytacikiem z Żeromskiego (żart, ale ja bardzo lubię Żeromskiego i nie obraziłabym się za jakiś cytacik z ust mojego 2-latka, jak szaleć to szaleć!).

Miał być u nas jeszcze hiszpański i faktycznie, było kilka takich miesięcy, że i dla mnie i dla dzieci z hiszpańskim było intensywnie. Co tu dużo mówić, dokumentowałam to na bieżąco na blogu i na YouTube. Była kolumbijska niania 3 razy w tygodniu po 3 godziny (to aż 9 godzin tygodniowo z native speakerką, bawiąc się po prostu, śpiewając hiszpańskojęzyczne piosenki i chłonąc spontaniczny język). Były materiały online, np. The Cultured Kid czy nasz rodzimy El Dragon (bardzo fajna sprawa, tak na marginesie, zwłaszcza dla maluchów). Było gros nowych książek po hiszpańsku. Ale temat się gdzieś rozmył… Nie umiem do końca odpowiedzieć sobie na pytanie czemu. Być może dlatego, że on nie jest dla mnie aż tak ważny. Najważniejsze dla mnie jest wspieranie moich dzieci w polskim i angielskim, a reszta (hiszpański, niemiecki) to tylko tzw. “nice to have”.

 

Pandemia, a praca z domu i wielojęzyczne wychowanie

Pandemia namieszała mi zarówno w planach zawodowych, życiowych jak i edukacyjnych moich dzieci. Miałam cichą nadzieję, że całe lato spędzimy w UK i zapiszę tam dzieciaki do jakiegoś przedszkola i na półkolonie, ale nie było to możliwe i pewnie jeszcze długo nie będzie.

Praca z domu z dziećmi była i jest hardkorem, na szczęście gdy Maksi był jeszcze w zerówce, nie musiałam przejmować się zdalną nauką - jego ówczesna wychowawczyni nie prowadziła zajęć zdalnych per se. Sugerowała tylko co ewentualnie przerabiać z książki, ale podkreśliła, żeby po prostu bawić się z dziećmi, robić z nimi prace plastyczne, poradziła aby dzieci zrobiły sobie teczkę, w której będą zbierać te prace i przyniosły ją jak skończy się pandemia… Szkoda, że nie miały okazji. Teczkę zachowaliśmy jako pamiątkę z tego okresu (choć u nas w domu takie pamiątki nie mają długiego cyklu życia - jak robi się tych prac za dużo to fotografuję, wrzucam na wirtualny dysk i wyrzucam).

Obecnie, jako pełnoprawny pierwszoklasista, jest skazany na zajęcia online, 1:1 zgodnie z planem lekcji i to jest jakaś masakra. Oczywiście pani bardzo się stara, by zajęcia były ciekawe, ale ciężko jest utrzymać uwagę 7-latka przed komputerem, no, chyba, że jest to YouTube, który jakoś dziwnie często widzę w historii przeglądania u starszaka w godzinach 8:00-11:30. Przypadek? Nie sądzę, ale nie mam też pretensji, bo nawet dorosłemu może być ciężko przestawić się na taki tryb (to nie mój problem, bo ja pracowałam zdalnie na długo przed tą całą pandemią).

Mając dzieci cały czas na miejscu i stety lub niestety cały czas pod opieką, ja sama przeszłam niezłą edukację - edukację o tym kim są moje dzieci, jakie są, co lubią robić (same beznadziejne z perspektywy dorosłego rzeczy, no, ale takie ich prawo). Dla mnie to duża lekcja pokory wobec moich życiowych wyborów. I wobec życiowych wyborów innych. Dzięki siedzeniu w domu z dziećmi zdecydowałam się na wypróbowanie programów wczesnej edukacji metodą Domana na młodszym synu i totalnie wsiąknęliśmy w temat, ale nie miałam jeszcze okazji poruszyć go za bardzo na blogu - a przydałoby się, bo sporo osób o to pyta, a w polskiej blogosferze wciąż jest stosunkowo niewiele informacji z pierwszej ręki od rodziców praktykujących. To jest na mojej niekończącej się blogowej liście zadań, przysięgam :)

 

Blog i kanał na YouTube

W 2020 reaktywowałam Elo Pomelo, zwłaszcza jeśli chodzi o działania na blogu i na YouTube. 19 filmów opublikowanych na kanale od początku roku to całkiem niezły wynik. Nie wspomnę już o wszystkich, które nagrałam, ale ostatecznie nie doczekały się publikacji ;) 40 tekstów na blogu, biorąc pod uwagę, że średnio u mnie tekst ma 10 tysięcy znaków, to też nie lada wyczyn, przynajmniej w moim odczuciu, bo to wszystko działo się gdy pracowałam 6-7 dni w tygodniu, po 8, 10, czasem 14 godzin dziennie. A jakoś udało mi się zmieścić tę moją radosną blogową twórczość w mój napięty harmonogram i z tego jestem bardzo dumna.

19

filmów


Tyle materiałów video wrzuciłam w 2020 na YouTube, a przecież rok jeszcze się nie skończył!
40

tekstów


Tyle artykułów opublikowałam w 2020 na blogu!
10000

znaków


Tyle średnio znaków ma każdy publikowany przeze mnie tekst!

W kwestii YouTube największą frajdę sprawiały mi vlogi - głównie dlatego, że nie musiałam się za bardzo nad nimi zastanawiać - nagrywałam i obserwowałam co wydarzy się dalej. Poza tym dzięki vlogom mogłam pokazać moim Czytelniczkom, między innymi też Tobie, kawałek życia mojej rodziny. Ja nie jestem wielką fanką szastania prywatnością na prawo i lewo, ale uważam, że pisząc o wielojęzycznym wychowaniu dzieci, warto jest też pokazać kontekst - że są za tym prawdziwi ludzie i prawdziwe dzieci. I że nie siedzą one sztywno przy biurku z książką w ręku, ale wspinają się po drzewach, brodzą w strumyku, chodzą na nocne tripy na plac zabaw i doświadczają świata wszystkimi zmysłami - a to uważam za fundament nauki, jakiejkolwiek. Na jakiś czas będzie to koniec vlogów, bo czuję potrzebę nie biegania wszędzie z aparatem i olbrzymim mikrofonem, ale nie wykluczam, że kiedyś ten format znów się pojawi na kanale. Chciałam robić osławione vlogmasy, czyli krótkie filmiki każdego dnia przed świętami, ale doszłam do wniosku, że w tym momencie to nie na moje siły. Zresztą, my jakoś niespecjalnie obchodzimy święta, ale o tym w kolejnym punkcie programu.

 

Święta w dwujęzycznej/wielojęzycznej rodzinie - wielokulturowo czy nie?

Czy obchodzimy święta dwujęzycznie i dwukulturowo? Hm… Nie, bo nie za bardzo obchodzimy święta. Dla mojej nuklearnej rodziny (bo za dalszą oczywiście się nie wypowiadam) święta nie mają żadnego religijnego czy symbolicznego znaczenia. To po prostu kilka wolnych dni - parę naprawdę kłopotliwych, bo placówki, do których uczęszczają dzieci, będą nieczynne, a my świątek, piątek czy niedziela - pracujemy. Ale dzieciaki lubią ten bożonarodzeniowy klimat, Maks (7l.) jako największy Christmas-boy pilnuje, żeby kupić choinkę i, oczywiście, dzieciaki czekają na prezenty, choć Miko (2l.) bez wielkiego entuzjazmu.

O ile w zeszłym roku robiłam wymyślny kalendarz adwentowy z książkami po angielsku i dwujęzycznymi gadżetami, o tyle w tym odpuściłam, bo moje dzieci na kolejne książki reagują zawsze tym samym westchnieniem: “ehhh znowu kolejne książki”. Zresztą, teraz odwyk od kupowania nowych książek dla dzieci (wyjątkiem były “Przygody Koziołka Matołka”, które przyniósł 6 grudnia Mikołaj, no, ale Mikołajowi przecież nie można narzucić naszych osobistych odwyków). Poza tym, że kupiłam dużo dekoracji świątecznych, bo miałam na to akurat feeling, nie czuję jakoś strasznie ducha świąt, nie robię flashcards z nazwami potraw świątecznych w różnych językach, itepe. Piszę, bo parę osób pytało :)

 

Quo vadis, Elo Pomelo?

W 2020 udało mi się wypracować piękną rutynę - dwa teksty na blogu tygodniowo i film na YouTube co tydzień. Doszłam jednak do wniosku, że to bardzo męcząca rutyna. Owszem, efekt takiej regularności był sowicie wynagradzany przez uderzenie dopaminy ilekroć sprawdzałam ilość wejść na stronę i czas przebywania na niej (wow, moje Czytelniczki faktycznie czytają treści, które tworzę… albo gapią się na nie przez kilka minut…). Koszt był jednak wysoki i doszłam do wniosku, że trzeba wrzucić na luz, co by jakość tekstów nie zubożała. Poza tym obejrzałam świetny “wykład”, o tym jak dobrze pisać. Uważam, że kiedyś dobrze pisałam, ale z jakiegoś powodu zabrnęłam w czarne tunele pogoni za wejściami z Googla na słowa kluczowe.

Chcę, żeby ten blog był bogaty w wiedzę o dwujęzycznym i wielojęzycznym wychowaniu, a także doświadczenia z pierwszej ręki, ale, halo, nie jestem robotem. To nas różni, nas ludzi, od sztucznej inteligencji, że potrafimy pisać nie tylko do rzeczy i pod słowa kluczowe, ale też fajnie, ujmującą, wkurzająco czy jakoś - tak, żeby wywołać emocje. Przyczyną sukcesu bloga, którego pisałam kilka lat temu, było właśnie pociąganie za odpowiednie emocjonalne struny osób, które go czytały. I większą mam zresztą frajdę pisząc sobie tak po prostu, po swojemu, bez zerkania na szkic i konspekt, które zrobiłam wcześniej po dogłębnym riserczu.

Jeśli chodzi o YouTube - oh, jak ja uwielbiam ten kanał i jak ja uwielbiam robić na niego filmy! Vlogi były super, ale w 2021 planuję pokazać swoją bardziej artystyczną stronę jeśli chodzi o video. Marzy mi się też drugi kanał o trochę innej tematyce, no, ale zobaczymy.

W kwestii mojej internetowej twórczości - zostawiam sobie otwartą furtkę na wszystko, co przyjdzie mi do głowy. Moje Czytelniczki czasami piszą mi, że najbardziej w Elo Pomelo lubią to, że nigdy nie wiadomo, co tu zastaną (czy na YT czy na instagramie). Jest to naturalne i tak stworzyła nas natura - lubimy nowe, niewiadome, lubimy niespodzianki i sprawdzać, czy aby czasem coś nowego się gdzieś tam nie pojawiło. Poradniki o blogowaniu trąbią o tym, by stworzyć rutynę, do której można przyzwyczaić swoich odbiorców, ale come on, mnie nie czytają roczne dzieci, tylko kobiety żądne wiedzy i inspiracji jak wychować dwujęzyczne, wielojęzyczne i ogólnie fajne dziecko. Jeśli więc mogę zapowiedzieć cokolwiek na zbliżający się rok, to wpiszę się zdecydowanie w tegoroczny trend, który najprościej opisuje ta fraza: WIELKA NIEWIADOMA :)

Dzięki za uwagę i za wyrzuty dopaminy w moim organizmie.

 

Monika Dawidowicz

Autorka bloga EloPomelo.pl


Kreatywna dusza z zacięciem do pisania, projektowania grafik, fotografii i video. Pracująca mama dwóch dwujęzycznych synów, która kupuje dzieciom zdecydowanie za dużo książek. Zawodowo specjalistka od social mediów i content marketingu.

2 Comments

  1. Marta pisze:

    O tak!!! Wpisy o Domanie!!! Sama się głowie: does that make sense?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.